Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 4 października 2013

Miejsce Mistrza Polski nie jest w Lidze Mistrzów

fot. twitter Pawła Wilkowicza
Dokąd zmierzają piłkarskie transfery? Czy futbol ma problemy z dopingiem? Gdzie sportowo są nasze kluby? O to wszystko pytamy Pawła Wilkowicza, od niedawna nowej twarzy serwisu sport.pl, wcześniej zastępcy szefa działu sportowego "Rzeczpospolitej".

Bartosz Gazda: Tweetował Pan o tym, że okienko transferowe rzeczywiście było wyjątkowe - ale ze względu na tych, którzy w swoich klubach zostali. Czy Suarez, Rooney i Lewandowski to pierwsze jaskółki tego, że stoimy w obliczu nowej rewolucji na miarę prawa Bosmana? W ostatnich latach tandem piłkarz-agent w wielu przypadkach okazywał się silniejszy od klubu, a przecież wiele zespołów jest na tyle bogatych, że nie musi sprzedawać nawet przy dobrych ofertach (bo co to właściwie dziś znaczy "dobra oferta" - 80? 100 milionów euro?), czy kluby zaczną z tego "niemuszenia" korzystać?

Paweł Wilkowicz: Kluby pewnie marzą o tym, żeby nadchodziła rewolucja na miarę prawa Bosmana, oddająca im choć część tej władzy, którą zabrał Bosman. Ale jakoś trudno w to uwierzyć po lecie z Bale’m i z kolejną podwyżką dla Cristiano Ronaldo. Teraz tylko czekać na informację o podwyżce Messiego, potem Zlatana, potem znowu Cristiano. To nie prawo Bosmana rujnuje kluby, tylko ich niesolidarność. Każdy kogo na to stać będzie ogrywał biedniejszego, kusząc gwiazdy pensjami, agentów prowizjami, itd. Karl Heinz Rummenigge ma rację mówiąc, że po Bosmanie ta licytacja pensji i sum odstępnego zaczęła się z absurdalnie wysokiego poziomu, że można było to zrobić inaczej i dziś płacić kilka razy mniej. Ale odwrócić teraz tego nie sposób. Zawsze się znajdzie jakiś nowy dawca kapitału, któremu łatwo miliardy przyszły, i łatwo pójdą. Kiedyś był Moratti, potem Abramowicz, teraz są szejkowie i Rybołowlew, końca nie widać.
Te trzy przypadki, Lewandowskiego, Rooneya, Suareza, w dodatku w jednym oknie transferowym, to wyjątkowa sprawa, ale każdy jest trochę z innej bajki. Borussia sprzedałaby Lewandowskiego, gdyby wcześniej Bayern nie podebrał jej Mario Goetzego. Po tej stracie – tak samo dotkliwej wizerunkowo jak sportowo – nawet ponad 30 mln euro od Bayernu za Roberta nie robiło na Borussii wrażenia, bo to by nijak nie rekompensowało zmiany układu sił BVB-Bayern. W Dortmundzie liczyli na to, że nawet Robert obrażony będzie dalej na boisku robił swoje i jak widać, nie przeliczyli się. Nie z każdym piłkarzem by się to udało. A Lewandowski może robić swoje spokojnie, bo od dawna wie, do jakiego klubu chce odejść i jest z nim już na to odejście umówiony. Z Suarezem było o tyle inaczej, że on zdaje się raczej nie wiedział, gdzie się chce wyrwać z Liverpoolu. Swoimi wypowiedziami ogłaszał: kto chętny, żeby mnie zabrać? I nikt nie był dość zdeterminowany. Gdyby był, pewnie Suareza by w Liverpoolu nie było. A czego chciał Rooney, to pewnie wiedzą tylko on i Paul Stretford. I może jeszcze Jose Mourinho. Czy to była gra o podwyżkę, czy gra na nosie Moyesowi, żeby na wstępie musiał zabiegać o pozostanie piłkarza, z którym miał na pieńku, czy Mourinho bardziej zależało na Rooneyu, czy na robieniu zamieszania u rywala, nie wiadomo.

Skoro mowa o pieniądzach - do Finansowego Fair Play odnosi się pan dość sceptycznie, przypominając m.in. o tym, że ważną postacią w Qatar Sports Investments (wspierającym Barcelonę i PSG) jest Laurent Platini, syn szefa UEFA. Widzi Pan w ogóle możliwość, żeby w najbliższych latach napędzana przez szejków i oligarchów spirala wydatków przestała się kręcić lub przynajmniej wyraźnie zwolniła?

Finansowe Fair Play jest o tyle cenne, że przynajmniej nauczy płotki i klasę średnią, żeby nie żyć w stanie ciągłego deficytu budżetowego i spłacać długi. Już uczy, czasem bardzo boleśnie, jak np. w przypadku Malagi. Niektóre kraje – Anglia, Hiszpania – same z siebie wprowadzają przepisy, które mają być uzupełnieniem FFP na poziomie lokalnym. I to jest już coś. Ale tych, którzy nakręcają spiralę wydatków, FFP nie zatrzyma, o ile nakręcający będą spłacać wierzycieli na czas (Real Madryt, Barcelona, Manchester United) i znajdować sposoby, by pieniądze od swoich bogatych wujków przemycać w umowach na sponsoring stadionu, koszulek itp. (Manchester City, PSG).

W naszych rozmowach pytamy też o media sportowe - jak zmieniły się od czasu, gdy zaczynał Pan w nich pracować? Ich poziom się poprawia czy pogarsza? I jaka jest w tym rola internetu?

Internet to była fura semteksu podłożona pod dawne media. Z tego co było, jeśli chodzi o sposób uprawiania tego zawodu, dostęp do niego, nie został kamień na kamieniu. Ja pracuję od 12 lat, a pamiętam jeszcze np., jak wielką przewagę dawał dziennikarzom dostęp do depesz prasowych. Dziś dostęp do nich może mieć każdy, i to jest znakomite. Internetowa rewolucja pozwoliła wybrać ludzi naprawdę najlepszych. Coraz mniej jest czasu na namysł, pracujemy na okrągło, ścigamy się. Ale też bez przesady: ludzki umysł to potęga, dostosowuje się do wymagań. Kto dużo nad sobą pracuje, ten pogodzi i szybkość i jakość.
A najważniejsze wymogi się nie zmieniły: czy to w gazecie, czy na blogu, czy na Twitterze, trzeba po prostu umieć dobrze pisać i budować swoją sieć kontaktów, bo tylko ona utoruje drogę do ekskluzywnych informacji. To drugie jest często niedoceniane. Wiele jest w sieci osób, które świetnie piszą, ale żonglują tylko informacjami, które przeczytają u innych. To też podziwiam: panowanie nad wszystkimi newsami, które się pojawiają, we wszystkich możliwych językach. Ale trzeba mieć coś swojego. Żeby kiedy padnie na Twitterze nieśmiertelne pytanie „jakie źródło?” (ciekawe, że najczęściej pada przy twittach o Realu i Barcelonie), móc odpowiedzieć: moje źródło.

Nie pisze pan wyłącznie o futbolu, zahaczając również choćby o skandale dopingowe w kolarstwie. Taki tematyczny "płodozmian" to konieczność podyktowana pracą czy po prostu chęć złapania oddechu od piłki?

Nie sposób być dziennikarzem wyłącznie piłkarskim, gdy się pracuje w redakcjach ogólnosportowych, a z takimi jestem od lat związany, najpierw z „Rzeczpospolitą”, teraz ze sport.pl. Właściwie od początku łączyłem futbol ze sportami olimpijskimi, letnimi i zimowymi, i ze sprawami dopingu. A bywa nawet i tak w zimie, że na futbol nie wystarcza czasu, bo od rana biega Justyna Kowalczyk, skaczą skoczkowie, trzeba się dodzwonić, doczytać, itp. To jest strasznie czasochłonne, ale daje ogromną satysfakcję. Im dłużej zajmuję się sportem, tym mniej jestem zaczadzony futbolem, a bardziej doceniam inne dyscypliny. Poza tym, każdy kto sport uprawia wie, że dobry trening to urozmaicony trening. Niech żyje płodozmian.

Przejdźmy teraz na własne podwórko - polska piłka jako całość (kluby, reprezentacja, szkolenie) rokuje na przyszłość? Przez kraj co jakiś czas przetacza się dyskusja o tym, czemu jest źle i jak zrobić, żeby było dobrze, po czym temat umiera. Patrząc na dzisiejszy stan posiadania i nie zakładając hurraoptymistycznego wariantu w rodzaju reformy UEFA, która da nam miejsce w LM z urzędu - mamy w ogóle szansę w perspektywie kilku sezonów osiągając sukces na którejś niwie?

A co dałoby nam miejsce w LM z urzędu? Wesołe rundy grupowe z jednym punktem na koncie, albo może i bez punktu? Gwarancję, że miliony z LM zostaną wydane dla dobra całej naszej piłki? Nie ma takiej gwarancji. Wystarczy spojrzeć na Rosenborg Trondheim: seryjne awanse ani nie uczyniły z niego europejskiej potęgi na lata, ani nie pomogły szczególnie lidze norweskiej, ani reprezentacji. Rosenborg po tej długiej europejskiej bonanzie stanął w pewnym momencie na krawędzi bankructwa. Nie chcę żadnego wyrównywania szans, punktów za pochodzenie itp. W Lidze Mistrzów chcę oglądać najlepszą piłkę. Nie będzie tam mistrza Polski, trudno. Niech gra tam, gdzie jego miejsce. Na pewno to miejsce nie jest dziś w LM. Może mu się udać strzał, jak Artmedii Petrżalce, czy Apoelowi Nikozja, ale na dziś to byłby właśnie strzał. Jeśli chodzi o przyszłość, jestem optymistą, bo trafiają do Polski coraz lepsi piłkarze z zagranicy, a i w naszej piłce minie w końcu czas tych pokoleń czarnej dziury: czasu ruiny klubów po upadku komunizmu, kompletnego rozpadu szkolenia. Wchodzą w dorosłość piłkarze, którzy byli już dużo lepiej prowadzeni, dojrzewają w klubach, które równają do zachodnich standardów. Ale droga jest jeszcze daleka.

Niedawno byliśmy świadkami potężnej dyskusji o reformie Ekstraklasy. Jest Panu bliska idea tego zabiegu lub któryś z konkurencyjnych pomysłów, np. drastyczne ograniczenie liczby drużyn (do ośmiu/dziesięciu), skuteczniejsze egzekwowanie wymogów licencyjnych? A może ma pan własną wizję poprawienia jakości ligi?

Każdy pomysł wydłużający sezon jest dobry, bo gramy za mało. Ale tak naprawdę ważne jest tylko skuteczne egzekwowanie wymogów licencyjnych.

Porozmawiajmy chwilę o dopingu, na temat którego sporo pan pisze - na ile jego kwestia w kontekście futbolu jest sprawą błahą, a na ile tematem tabu? Czy niedawna afera z raportem dopingowym w Niemczech i proces Eufemiano Fuentesa w Hiszpanii nie podważają opinii o czystości futbolu? UEFA i Bundesliga zaczynają robić badania krwi, niedawno kontrola zawitała tez na zgrupowanie naszej kadry, więc chyba coś się zaczyna w tym kierunku ruszać, ale czy to i paszporty biologiczne wprowadzone przez FIFA to działania wystarczające?

Doping trawi futbol tak samo mocno jak i inne sporty. EPO, transfuzje, sterydy, dożylne kroplówki – do wyboru, do koloru. Od amfetaminy, którą się faszerowali piłkarze w latach 60., po dzisiejsze podrasowywanie krwi u doktorów, których nazwiska znamy choćby z kolarstwa. Jeśli do tej pory futbolowi udało się przechodzić przez to wszystko suchą stopą, to nie dlatego, że jest mniej winny, tylko po prostu najpotężniejszy i najbogatszy. Sprawy dopingu są pełne prawnych i proceduralnych haczyków, do wykorzystania przez adwokatów. A kluby i piłkarzy stać na świetnych prawników. Dlatego futbolowe wątki afer dopingowych były pomijane, co najlepiej widać w działaniach hiszpańskiej Guardia Civil podczas Operacion Puerto. Po co się narażać możnym, dorwaliśmy kolarzy, to trzymajmy się kolarzy. A walka z dopingiem to w pewnym sensie błędne koło: wpadają kolarze, lekkoatleci, biegacze narciarscy, to robimy więcej testów kolarzom, lekkoatletom, biegaczom narciarskim przez co wpada jeszcze więcej kolarzy, lekkoatletów, biegaczy narciarskich i robimy im jeszcze więcej testów. Itd. Liczba testów w futbolu jest śmiesznie mała. Ale najgorsze są te wszystkie ignoranckie teorie pod hasłem: po co doping w futbolu, skoro nie ma pigułki która nauczy kopać piłkę. A jest pigułka która uczy kolarza jechać w deszczu górską serpentyną 80 km na godzinę? Czy Leo Messi byłby najlepszym piłkarzem na świecie, gdyby nie miał startu sprintera? Nie do wiary, że te wszystkie bzdury jeszcze wytrzymują zderzenie z rzeczywistością.

Doping, wielkie pieniądze, polska piłka - po tak ciężkich tematach na koniec pytanie "rozluźniające" - załóżmy, że zostaje pan na chwilę Szefem Wszystkich Szefów piłkarskiego świata. Jaką jedną zasadę w przepisach gry by Pan zmienił lub jaki jeden przepis niedotyczący bezpośrednio rozgrywki (transfery, rozgrywki międzynarodowe, itp.)?

Skróciłbym okno transferowe. Z najniższych, egoistycznych pobudek: skoro już ligi mają wolne, to i ja też chciałbym od futbolu odpocząć, a nie tygodniami musieć – musieć, bo transfery to już dziś oddzielna dyscyplina sportu i nikogo już nie stać na luksus ignorowania jej - opisywać spekulacje, plotki. Miesiąc w lecie spokojnie by na transfery wystarczył. Bartosz Gazda
comments powered by Disqus
facebook