Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 29 marca 2013

Michael Owen: elegia

fot. michaelowen.com
Decyzji Michaela Owena o zakończeniu kariery wraz z ostatnim gwizdkiem obecnego sezonu trudno nie zrozumieć. Ławka rezerwowych na Britannia Stadium nie jest z pewnością szczytem marzeń napastnika, którego kiedyś bano się najbardziej, ilekroć przyjeżdżał ze swoim Liverpoolem lub kadrą Anglii na stadiony w całej Europie. Liverpool do roku 2003 to Owen, Owen, Owen i piłkarze usiłujący ułatwić strzelanie bramek Owenowi.

Dziś, w roku 2013, w roku Cristiano Ronaldo, Messiego, Ozila czy van Persiego, Internet nie wybucha po informacji, że jakiś tam napastnik, co od wielu lat nie widział regularnej gry, kończy karierę. Ale dla ludzi urodzonych we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, popisy Anglika bywały niekiedy przyczyną zainteresowania futbolem. Pierwszymi zachwytami nad piłką nożną jako taką. Niektórzy, znam takich ludzi, oglądali tamtego gola z Argentyną na Mundialu we Francji. Inni, tacy jak ja...

Mamy w Polsce kompleks niemiecki; mamy też - za Linekerem - ku temu piłkarskie podstawy. Ludzie wychowywani w mądrości, że co by się nie działo, i tak wygrają Niemcy, zawsze traktowali wyczyn przeciwko reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów za szczególny. Strzeliłeś gola z karnego Hiszpanii? Okej, masz fajny moment w swojej karierze. Strzeliłeś Niemcom? Zazdroszczę, ja bym nie wytrzymał presji.

Kiedy Anglia grała z Niemcami w eliminacjach do mistrzostw świata w Korei i Japonii, miałem zaledwie siedem czy osiem lat i był to, być może wstyd się przyznać, pierwszy oglądany mecz. Nie znałem żadnego zawodnika na murawie, oglądałem go tylko dlatego, że zbierałem wówczas wszystko, co wypełniało paczki Laysów i Cheetoosów. Jedyną moją naklejką był Michael Owen, koło jego głowy widniała angielska flaga, postanowiłem sprawdzić co wart jest jedyny piłkarz w mojej "kolekcji".



Noooo i pokazał. Samych bramek za bardzo nie pamiętałem, musiałem je sobie kilka lat później odświeżyć, za to doskonale pamiętam to szczenięce przekonanie, że mam naklejkę najlepszego napastnika świata. W przekonaniu tym wytrwałem kilka lat i zniosłem za nie mnóstwo obelg.

Teksty o końcu kariery zawodniczej Owena albo się nie pojawiają, albo piszą się same. Wskazuje się w nich odejście do Realu jako moment załamania kariery zawodniczej - jakby nie zauważając, że na tle napastników madryckiego zespołu miał Anglik najlepszą średnią gola na minutę, strzelał je m.in. w meczach z Barceloną i Valencią, a madrycki klub w trakcie jego sezonu adaptacyjnego miał aż trzech trenerów. 19 goli w 43 meczach to przecież nie jest wynik zły, o miejscu w składzie decydowało wtedy nazwisko i przywiązanie fanów z Bernabeu. Raul i Ronaldo w obu aspektach bili Owena na głowę, więc Anglik po roku wrócił do ojczyzny - Newcastle wówczas miało bić się o Ligę Mistrzów, Anglik miał im pomóc... Skończyło się na serii urazów, na czym ucierpiał nie tylko sam zawodnik, ale też klub i reprezentacja narodowa.

Nie ma dziś sensu zastanawiać się czy gdyby nie idiotyczny uraz ze Szwecją w trakcie Mundialu w 2006 roku, Owen miałby więcej powodów do dumy. Najważniejsze, że odejście Owena to nie jest jakieś tam odejście byle piłkarza. Kariery nie kończy benchwarmer, jak chciałby Piers Morgan. Odejście Owena to odejście złotego dziecka rzekomej złotej generacji futbolu angielskiego, jednego z dwóch od 1968 roku laureatów Złotej Piłki grających w momencie otrzymania nagrody w Premier League, zdobywcę Pucharu UEFA i Superpucharu Europy, dwukrotnego króla strzelców Premiership. I wreszcie mistrza Anglii, choć tytuł zdobyty został przez niego dopiero w 2011 roku - o ironio - w zespole największego wroga Liverpoolu, Manchesterze United. To także koniec najbardziej obiecującej kariery w angielskim futbolu, równie rozczarowującej jak ostateczny kres jego złotego pokolenia w eliminacjach do Euro 2008. Przede wszystkim jest to jednak koniec zawodnika, który na własną rękę, czy to golem z Argentyną, czy wspaniałym sezonem 2000/2001, czy wreszcie tym hattrickiem przeciwko Niemcom, zachęcił całą rzeszę dzieciaków do zainteresowania się futbolem. Ich pierwszego idola. Mojego pierwszego idola. Marcin Wierciński
comments powered by Disqus
facebook