Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 16 września 2014

Małe, a cieszy

fot. skysports.com
Zapomniany finalista Pucharu Mistrzów, niedoszły bankrut, kluby jeszcze kilkanaście lat temu nieistniejące – w tej edycji Ligi Mistrzów nie zabraknie sensacyjnych uczestników, piłkarskich maleństw w turnieju gigantów. Drużyn po przejściach, dla których już sam udział w tych elitarnych rozgrywkach będzie przyjemnością samą w sobie, a dla nas ciekawą i przyjemną przystawką do dań wieczoru.

Zapomniany finalista Pucharu Mistrzów

Wielu prawdopodobnie uznałoby Malmö FF za malucha dopiero wkraczającego i poznającego wielki piłkarski świat. Wszak to drużyna, która w rundzie grupowej Ligi Mistrzów dopiero debiutuje, a dwa lata temu po raz pierwszy występowała w fazie grupowej Ligi Europy. Ale to również zespół, choć o tym się już raczej nie pamięta, który zagrał w finale Pucharu Mistrzów.

W 1979 roku ten szwedzki klub pod wodzą Boba Houghtona zmierzył się w walce o trofeum z Nottingham Forest innego Anglika, słynnego Briana Clougha. Spotkanie przegrał 0-1, a wcześniej, w ćwierćfinale, pokonał w dwumeczu Wisłę Kraków 5-3. Warto wspomnieć, że ekipa prowadzona przez Oresta Lenczyka awans miała w garści przez większość dwumeczu. W pierwszym spotkaniu wygrała z rywalem 2-1, a w rewanżu prowadziła 1-0 do 65 minuty.

Do Champions League zawitał zatem jedyny finalista Pucharu Mistrzów ze Szwecji, a także jeden z najbardziej utytułowanych tamtejszych klubów. Za tym niepozornym i lekceważonym obecnie Malmö skrywa się 17-krotny zdobywca tytułu mistrzowskiego i 14-krotny krajowego pucharu. Jedynym, który może się z nim równać w państwie jest IFK Göteborg - po mistrzostwo sięgał 18 razy, a na arenie europejskiej wsławił się zdobyciem dwóch Pucharów UEFA w latach osiemdziesiątych.

Malmö to zespół, którym w latach 1984-1989 dowodził Roy Hodgson i w którym wychował się Zlatan Ibrahimović, najdroższy do tej pory piłkarz wytransferowany ze szwedzkiej ziemi. To najbogatsza tamtejsza drużyna, z budżetem w 2014 roku na poziomie 10 milionów euro. Ale to również ekipa, która wróciła z bardzo dalekiej podróży. Podróży wprost z piłkarskiego piekła. Piętnaście lat temu sięgnęła dna, spadając do drugiej ligi. Zarówno dla kibiców Malmö, jak i sympatyków rodzimego futbolu musiało to być nie lada szokiem, gdyż to tak jakby z Primera División pożegnała się Barcelona.

Dzisiaj do tych smutnych czasów nikt już nie wraca. Bo od tamtego czasu w klubie zmieniło się praktycznie wszystko – od stadionu, od 2009 roku grają na nowiuteńkim, po system szkolenia i sposoby zarządzania. Zmieniło się na tyle, że dla niektórych innych zespołów, to oni stanowią za wzór do naśladowania. Shamrock Rovers z Irlandii spędziło podobno szmat czasu na obserwowaniu metod pracy w Malmö.

A ten pierwszy szwedzki klub w Champions League od 2000 roku młodzieżą stoi. W 25-osobowej kadrze tylko czterech zawodników ma na karku 30 lub więcej wiosen - średnia wieku to niespełna 24 lata. I ta młodziuteńka drużyna, która od trzech lat każdego sezonu na transfery nie wydała więcej niż 300 tysięcy euro, która według serwisu transfermarkt.de jest wyceniana na trochę ponad 12 milionów, którą kieruje były reprezentant i selekcjoner Norwegii Åge Hareide, stanie naprzeciw prawdziwych futbolowych olbrzymów – Atletico Madryt i Juventusu Turyn. Wówczas naprawdę poczuje się niczym piłkarski maluch.



Niedoszły bankrut

Jeszcze kilka lata temu ten najbardziej utytułowany słoweński klub - 12 tytułów mistrza kraju, osiem pucharów i cztery superpuchary na koncie, jeden z trzech, które nigdy nie zajrzały do drugiej ligi - chylił się ku upadkowi. W latach 2004-2008 ten ligowy potentat chwiał się w posadach. Długi NK Maribor w pewnym momencie sięgały czterech milionów euro. Drużynie groziło rozwiązanie. Nie było ich stać na zakup piłkarzy, jego kadrę wypełniali gracze z rezerw i sekcji młodzieżowych, a obcokrajowców sprowadzano jedynie za darmo.

Najczarniejsze dni, kiedy w lidze nie uplasował się ani razu powyżej trzeciego miejsca, choć na otuchę w Pucharze Intertoto w 2006 roku zdołał pokonać Villarreal, Maribor ma już dawno za sobą. W ciągu tych paru wiosen perspektywy piłkarskie w zespole zmieniły się tak bardzo, że chude czasy należy tam uznać za zamierzchłą przeszłość.

Odkąd w 2009 roku dyrektorem sportowym został Zlatko Zahovič, żywa legenda futbolowej Słowenii, to klub ligę wygrywał pięć razy, utrzymuje obecnie passę czterech tytułów z rzędu, spłacił wszystkie należności, gra na odnowionym stadionie i trzy razy rok po roku grał w rundzie grupowej Ligi Europy. W ubiegłym sezonie z grupy wyszedł i odpadł po zaciętych bojach – remis 2-2 i porażka 1-2 – z późniejszym triumfatorem Sevillą, a teraz właśnie po czternastu latach absencji zawitał do Champions League.

Dokonał tego pod rządami Ante Šimundža, trenera, który przedtem przez trzy lata był asystentem w Mariborze, a kiedy rozpoczął samodzielną przygodę z trenerką, od 2011 roku, to drużyny zmieniał pięciokrotnie - w samym 2013 trzykrotnie. Do tych elitarnych rozgrywek wprowadził zespół młody, gdzie raptem czterech zawodników przekroczyło trzydziestkę i który na transfery w ostatnich trzech sezonach wydał tyle, co nic – 180 tysięcy euro. I tak na przestrzeni dekady Maribor przebył drogę od niedoszłego bankruta do krajowego giganta i uczestnika Ligi Mistrzów.



Potentat z Białorusi

Do Ligi Mistrzów po raz pierwszy wtargnęli zupełnie niespodziewanie w 2008 roku. Z budżetem w wysokości 1,5 miliona euro mogli wyglądać na żebraka, który wprosił się na wykwintny piłkarski bal. Mieli tam zagościć na milisekundę, jedną krótką i kompletnie niezwykłą dla nich chwilę. BATE Borysów tymczasem na balu zabawia się do dziś, niemal rokrocznie awansując do fazy grupowej Ligi Mistrzów albo Ligi Europy. W Champions League zagrają właśnie po raz czwarty. Z dawnego Bloku Wschodniego podobną regularnością w grze w pucharach mogą pochwalić się tylko Szachtar oraz Zenit.

Rywalizacja z Porto, Szachtarem czy Athletic Bilbao jest im niestraszna. Nie dla klubu, który w swych krótkich dziejach występów na arenie europejskiej zdążył rozprawić się z Bayernem, Evertonem czy Villarrealem oraz zremisować z Juventusem, Milanem i PSG. A przecież mówimy o ekipie, której budżet nie wynosi nawet tyle, co kontrakty największych futbolowych gwiazd i którą raczej się lekceważy na Starym Kontynencie niż docenia. Jeszcze niedawno Bułgarzy z Lewski Sofia określali ich jako „robotniczy zespół ze sztucznego państwa”. A dwa lata temu Holger Badstuber po przegranym 1-3 meczu Bayernu z Białorusinami opowiadał dziennikarzom: Nie mam pojęcia, w jaki sposób taka drużyna strzeliła nam trzy gole.

Klub, który na piętnaście lat zniknął z piłkarskiej mapy - założony na nowo dopiero w 1996 roku - nazwany od lokalnego zakładu samochodowego i ciągników elektrycznych, z przemysłowego, 150-tysięcznego miasteczka, w swoim kraju jest prawdziwym hegemonem. Mistrzostwa od ośmiu lat kolekcjonuje seryjnie, a na przestrzeni ostatnich osiemnastu poniżej drugiego miejsca schodził zaledwie dwukrotnie.

U naszych wschodnich sąsiadów BATE uchodzi również za społeczny fenomen. To nie tylko pierwsza białoruska drużyna, która wdarła się do Champions League, lecz także pierwsza, która podniosła poziom piłki nożnej w tym kraju do rangi zjawiska masowego. Zdaniem tamtejszych ekspertów dzięki graczom z Borysowa zainteresowanie futbolem wzrosło wielokrotnie. Ich sukcesy otworzyły umysły Białorusinów na tę dyscyplinę. Ich mecze ogląda więcej widzów niż spotkania reprezentacji. Po bilety ustawiają się tysiące ludzi, kolejki do kas zazwyczaj sięgają kilkuset metrów. O wejściówki ciężko, a u koników cena dochodzi do 200 dolarów.

Nic dziwnego, to przecież zespół, który pokonał m. in. Bayern Monachium. To zresztą fenomen tym bardziej zjawiskowy, bo trzeba dodać, że po europejskich arenach rozbijał się ze składem wypchanym raczej zawodnikami rodzimymi. W jego obecnej kadrze znajdziemy zaledwie pięciu obcokrajowców. Do tej pory potrafił zachwycić futbolowy świat pojedynczymi spotkaniami, więc może wreszcie nadeszła pora, by wprawić w zachwyt pierwszym, historycznym awansem z grupy Ligi Mistrzów.



Bogacz z Razgradu

To najbardziej niesamowity z uczestników tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Nie tylko reprezentujący najmniejsze miasteczko w Champions League, 30-tysięczny Razgrad, choć mecze rozgrywa na obiekcie w Sofii, ale także najmłodszy, powstały przed trzynastu laty. Jeszcze pięć lat temu grał na boiskach trzecioligowych, teraz odwiedzi stadiony Realu oraz Liverpoolu.

Za tak nieprawdopodobną podróżą z piłkarskiej prowincji Bułgarii na stadiony świata odpowiadają bracia Domusziew, potentaci w branży farmaceutycznej. Kiedy przejmowali klub, ten znajdował się w drugiej lidze. Z perspektywy paru lat możemy powiedzieć, że ich celem nie była żmudna dłubanina przy zespole i szkółce młodzieżowej, oni wybrali drogę na skróty. Już pierwszy sezon pod ich władaniem naznaczony był sporym sukcesem – historycznym awansem do najwyższej klasy rozgrywkowej. Następny stworzył kolejną szokującą historię – Łudogorec zdobył mistrzostwo kraju i stał się jedynym obok Levadii Tallin klubem, który dokonał tej sztuki jako kompletny debiutant.

Patrząc zresztą na ostatnie pięć lat tej drużyny, można dojść do wniosku, że tam nie mogą dziać się po prostu rzeczy zwykłe. Szturmem wzięli ligę i mistrzowskiej patery nie oddali do tej pory. Każdy następny tytuł wygrywali przewagą zaledwie punktu nad drugim zespołem, a łącznie w 93 dotychczasowych spotkaniach w pierwszej lidze goryczy porażki zaznali raptem 11-krotnie.

Tę dominację tłumaczy się środkami, jakie bracia Domusziew przeznaczają na ekipę. 7,5 miliona euro wydane, odkąd do Razgradu przybyli, jak na bułgarskie warunki robi imponujące wrażenie. Równie imponująca i niezwykła jest przygoda Łudogorca w europejskich pucharach. Debiutowali trzy sezony temu, a zdążyli już zagrać w fazie grupowej Ligi Europy, wyjść z niej z pierwszego miejsca, pokonać w 1/16 Lazio Rzym i dopiero w kolejnej rundzie uznać wyższość Valencii.

Tego lata wywalczyli awans do Champions League. I trzeba dodać, że oczywiście w kompletnie niesamowitych okolicznościach. W decydującym starciu ze Steauą Bukareszt w 119 minucie pojedynku drugą żółtą kartkę ogląda bramkarz bułgarskiej ekipy. Trener nie może już dokonać zmian, więc golkiperem zostaje obrońca Cosmin Monti. Pożycza strój i rękawice od rezerwowego bramkarza i w serii jedenastek broni dwa rzuty karne. Po meczu mówi przed kamerami: Nikt nie byłby w stanie napisać takiej historii. Mylił się. To futbol rozpisuje im zupełnie nieprawdopodobne i pełne dramaturgii scenariusze. Najwyraźniej upodobał sobie tę drużynę, a cała runda grupowa Ligi Mistrzów jeszcze przecież przed nimi.

Kamil Kaźmierczak
comments powered by Disqus
facebook