Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 2 maja 2014

Magia pucharu w rękach prezesa

foto: uefa.com
W Anglii mówi się o magii ich rozgrywek pucharowych, ale w Polsce wyzwanie pojdęte przez Związek jest dużo trudniejsze. "Turniej Tysiąca Drużyn" był już przecież tak zaniedbany, że niewiele brakowało, by poprzednie władze po prostu zamiotły ten problem pod dywan w gabinecie prezesa, schowały trofeum za wazonami na najwyższej półce i uznały, że nikt za Pucharem Polski płakać nie będzie.

Oczywiście tak łatwo by to im nie przeszło, ale reputacja Pucharu stopniowo gasła, czy też była gaszona. Jednak każdy kibic ma swoje wspomnienia z Pucharem związane - niżej podpisany najpiękniejsze chwile na stadionie przeżywał na tych rozgrywkach właśnie. Obecny byli m.in. Robert Rosiński, Mauro Cantoro, a Krzysztof Wołczek strzelił gola w 88. minucie, by drugoligowiec doprowadził do sensacyjnego remisu przy dwubramkowym deficycie w przerwie w meczu z krajowym hegemonem, Wisłą Kraków. W dogrywce Śląsk był tak blisko trzeciego gola, ale to widok pudłującego z jedenastki w decydującej serii Wojciecha Grzyba wciąż mnie nawiedza w najgorszych koszmarach.

Jednak tamten mecz miał wszystko - kapitalną atmosferę, napakowany, choć wtedy jeszcze rozpadający się stadion na Oporowskiej, świetne piłkarskie emocje, dramaturgię i to w grupie najlepszych kumpli. W lidze zdarzały się już podobne mecze, ale żaden tak wyjątkowy, bliski temu co wtedy wszyscy na Oporowskiej doświadczyliśmy. To była prawdziwa magia Pucharu. Ja jej doświadczyłem, inni pewnie też - czy to wygrywając, czy to nawet w meczach przegranych.

Problem w tym, że ta magia jest chowana. Nawet te rewelacyjne mecze nie są odpowiednio eksponowane. Tamten mecz Śląska z Wisłą przypominam sobie głównie dzięki nagraniom kibiców, które wrzucili na YouTube. Ale nawet wystarczy zapytać o obecne rozgrywki i pewnie niewielu byłoby w stanie taką pamiętną chwilę wskazać. Może ćwierćfinał Arki z Miedzią, porażkę Legii w Zabrzu jeszcze w 2013 roku, katastrofę Lecha w Legnicy czy Sandecję pokonującą Widzew.

Obecnie Puchar Polski to zabiedzony i zahukany braciszek Ekstraklasy, chowany przed europejską rodziną w szafie i puszczany tylko w popołudniowych godzinach w środku tygodnia. Nie zaszkodziłoby, gdyby rodzice z opamiętali się i nie tylko na sam dobrze zorganizowany finał pokazali go na salonach. W Anglii mowa jest o magii pucharu, bo nie ma całorocznych, bezsensownych eliminacji regionalnych, nawet jeśli najlepsze zespoły dołączają dopiero w styczniu. Nawet kosztem wciśnięcia dodatkowych dwóch kolejek na jesień, Związek i liga mogłyby stworzyć miejsce dla Pucharu na wiosnę i to wyłącznie (koniecznie!) w weekendy. To właśnie wtedy kibicom najłatwiej jest podróżować, najchętniej przychodzą oni na stadion, a telewizjom wygodniej produkt eksponować.

Te rozwiązania wydają się oczywiste, bo nawet jeśli PZPN za organizację finału Zawiszy z Zagłębiem dostanie maksymalną liczbę pięciu gwiazdek to i tak pozostanie poczucie, że w ich mniemaniu w Turnieju Tysiąca Drużyn na wyróżnienie zasłużyły tylko dwie. Błąd - ekspozycja drugiego najważniejszego po reprezentacji produktu, który dostępny ma Związek musi być całoroczna. Tymczasem obecny system, umowa TV i kalendarz rozgrywek wręcz deprecjonują Puchar Polski, trzymają go w zamkniętej szafie, choć chciałby się on wydostać i swoje zalety zaprezentować.

Może więc wypada przypomnieć na czym polega magia pucharu, przedstawić ją nie tylko przy okazji Pucharu? Tylko jak to zrobić, gdy szansa na walkę amatorskich klubów zawodowymi jest i tak skutecznie zniwelowana przez obowiązujący niedzielnych piłkarzy całoroczny system eliminacji, później nagradzający jedynie zwycięzców z regionalnych rozgrywek? Ujednolicenie systemu to klucz otwierający całą gamę możliwości.

Jest to niemożliwe? Sprzeciwi się liga, sprzeciwią największe kluby? Nie będzie to dla nich wygodne? Nie uwierzę w te zastrzeżenia i obawy, zwłaszcza jeśli będą wychodzić od działaczy, którzy właśnie spędzili trzydzieści siedem tysięcy osób na mecz Zagłębia z Zawiszą. To jest swego rodzaju majstersztyk, PR-owy ruch zasługujący na branżową nagrodę, pokazanie, że wbrew wielu i wobec dziwacznych bojkotów można stworzyć coś na pozór piłkarskiego święta, jego namiastkę, nawet jeśli trwa ono bite dwie godziny, by dopiero w karnych dać wielkie emocje, ale poziomem nie odbiega od standardów, które znamy z Ekstraklasy.

Cudów przecież nikt się nie spodziewał - grały szósta z piętnastą drużyną po sezonie zasadniczym. Zespoły, które w poprzednich trzech kolejkach strzeliły łącznie trzy gole. Piłkarze, którzy łącznie mają i pewnie będą mieli w sumie osiem występów w reprezentacji Polski. Stąd niech tegoroczny finał Pucharu Polski nie będzie uznany za wielki sukces organizacyjny, ale lepiej, by był po prostu okazałą zapowiedzią, pewną wizją (ludzi) Zbigniewa Bońka na przyszłość. Niech prezes zostanie zapamiętany jako ten, który zastał Puchar stęchły i drewniany, a zostawił piękny, zrewolucjonizowany i, ekhem, murowany. Może nie w stylu defensyw Zagłębia czy Zawiszy, lecz w sensie stabilności od podstaw, pierwszej rundy, pierwszego gwizdka - nawet jeśli z początku będzie to nieco wymuszone. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook