Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 2 grudnia 2013

Liga w czasie Present Simple

fot. Bartłomiej Wójtowicz/slasknet.com
Nie pomogły stadiony budowane na EURO, nic nie dały coraz lepiej obsługiwane telewizyjne transmisje. Nawet na reklamujący środek na potencję Widzew nie można zrzucić winy, bo Ekstraklasa stanęła o wiele wcześniej. I nic nie wskazuje na to, by zaczęła choćby truchtać.

Tragicznie marny wynik Legii w Lidze Europy wywołał lawinę kpin, a w najlepszym razie podszytej ironią krytyki. Przywołuje się (bezbramkowe i bezpunktowe) statystyki, wskazuje na brak zaangażowania, kiepską motywację i plan gry, który - jeśli w ogóle w głowie trenera wypączkował - nie został przełożony na poczynania boiskowe. W zalewie szyderstw zapomina się o jednym: niby dlaczego klub, który wyrósł na ziemi zaprawionej niechlujstwem i niemocą, klub będący tej ziemi reprezentantem, nagle miałby zacząć grać zupełnie inaczej, w domyśle: lepiej?

W opublikowanym niedawno w "Gazecie Wyborczej" eseju "Dzień Świstaka jest dziś" Robert Siwiorek, powołując się na światowej sławy socjologów, pisze, że w odruchu obronnym wobec uciekającego nam coraz bardziej świata nauczyliśmy się żyć wyłącznie w stanie "szoku teraźniejszości". I chociaż autorowi chodzi bardziej o całe społeczeństwo i jego postawę wobec nowoczesnych technologii, bardzo łatwo przełożyć to na pewne środowisko piłkarskie. Nasze środowisko.

Siwiorek przywołuje m.in. poglądy Douglasa Rushkoffa, mówiącego o zatraceniu się w teraźniejszości połączony z brakiem kulis, skąd moglibyśmy stwierdzić, czy osiągamy jakiekolwiek postępy, a także o braku narracji, jaka mogłaby nadać sens naszym poczynaniom oraz o braku przyszłości, do której moglibyśmy dążyć. Czy czegoś nam, kibicom piłkarskim, przypadkiem to nie przypomina?

Z ostatniego raportu firmy Deloitte wynika, że ubiegły rok był dla Ekstraklasy przełomowy - po raz pierwszy łączne przychody klubów najwyższej klasy rozgrywkowej spadły. A działo się to - przypomnę - w roku hurraoptymizmu związanego z Mistrzostwami Europy, w roku nowych stadionów (modernizowanych również niezależnie od tej imprezy), wreszcie w roku zmiany ekipy rządzącej PZPN. Ów spadek dochodów analitycy Deloitte tłumaczą słabymi wynikami w europejskich pucharach (strach pomyśleć, co powie tegoroczny raport), ale mniejszy dopływ funduszy z tzw. dnia meczowego i praw telewizyjnych nie zmartwił specjalnie piłkarzy - koszty ich wynagrodzeń w stosunku do przychodów wzrosły do poziomu 76% (wobec 68% rok wcześniej).

Biorąc pod uwagę z jednej strony wyniki sportowe polskich klubów, z drugiej - twarde dane finansowe, nie można nie dojść do wniosku, że Ekstraklasa stała się czymś na kształt zakładu pracy chronionej, który bierze pod swoje skrzydła pracowników mniej sprawnych (choćby w stosunku do ich zachodnich kolegów), mogąc przy tym liczyć na szczodre dofinansowanie. Mimo to praktycznie co sezon podbija się bębenek, trąbi o potencjale rozwoju ligi, tyle że jakoś nigdy do tego rozwoju nie dochodzi, jeśli już, to raczej mamy do czynienia ze zwijaniem - zwinęła się Polonia, zwinął ŁKS, na dobrej drodze jest kolejny z łódzkich klubów, czyli Widzew.

W polityce często mówi się o szklanym suficie poparcia dla danej partii, w futbolu sufit nie jest szklany, ale zwyczajny, murowany. I wykwitają na nim coraz to nowe rodzaje grzybów. Grzyb przybierał już różne oblicza, niektórzy dopatrywali się w nim (lekko podchmielonej) twarzy serbskiej, inni twarzy klubowych skarbników, pieczołowicie liczących pieniądze po wytransferowaniu kolejnej młodej gwiazdy, jeszcze inni widzieli tam twarz polskiego trenera, działacza czy ministra sportu. Grzyb służy więc wszystkim, bo każdy może w nim zobaczyć to, co mu akurat dostrzegać wygodnie. I zwalić winę za to, że znowu się nie udało, ale przecież już za rok kolejna szansa (i kolejny grzyb).

Trudno się w tej sytuacji dziwić piłkarzom, że nurzają się w teraźniejszości i nie próbują nawet myśleć perspektywicznie. Przykład piłkarza Łukasika, rozbrajająco tłumaczącego fakt niećwiczenia po treningach rzutów wolnych, jest tu znamienny - bo po co właściwie poświęcać czas na wykonywanie pracy, za którą nikt nie zapłaci? Po co narażać się na rozwinięcie jakichś umiejętności? Przecież może to zagrozić powołaniem do reprezentacji (co niekoniecznie musi być obecnie szczytem marzeń polskiego kopacza) lub, jeszcze gorzej, transferem zagranicznym, skazaniem na naukę języka (choć niektórzy dają temu skuteczny odpór), na dostosowywanie się do wyśrubowanych norm, na kto wie, czy nie wieloletnią tułaczkę po niższych ligach i wreszcie powrót do ligi ojczyźnianej, ale nierzadko już w bardziej peryferyjne miejsce niż to, z którego się na podbój zwiedzanie Europy wyruszyło. Lepiej więc się nie wychylać i jak najdłużej kisić, a właściwie kopać we własnym sosie i tłumaczyć, jak Mistrzowie Polski po porażce z ostatnim w tabeli Podbeskidziem, że właściwie nie rozumieją, czemu przegrali, ale musiała stać za tym kwestia szczęścia, a w ogóle to byli lepsi i dominowali. Gdyby UEFA zmieniła zasady przyznawania punktów i rozdzielała je tym, którzy mają najsilniejsze przekonanie o "byciu lepszym", Legia miałaby już zagwarantowane wyjście z grupy Ligi Europy.

Przywoływany już Rushkoff wymienia pięć oznak "prezentyzmu". Przez "digifrenię" rozumie konieczność obsługiwania wielu tożsamości, rozerwanie między wieloma rzeczywistościami. Coś podobnego muszą czuć legioniści - w słabej lidze, mimo licznych potknięć, ciągle są liderami, w europejskich pucharach liczą tylko na baty, a nieliczni mają jeszcze "świat" dodatkowy, reprezentacyjny. I także w nim nie mogą się odnaleźć, choć otoczenie w kadrze również nie wydaje się specjalnie wymagające.

Po digifrenii socjolog wymienia "przekręcenie", czyli wkładanie wszystkiego w chwilę obecną bez długoterminowego planowania. I znowu jak ulał pasuje to do Legii (nie żeby specjalnie się pod tym względem w lidze wyróżniała), bo ta nieważne, ilu pięknych wywiadów udzieli jeszcze jej prezes, póki co jest przykładem myślenia właśnie krótkowzrocznego. Wystarczy spojrzeć, jacy piłkarze w ostatnim czasie do niej przychodzili - kręcący się wokół trzydziestki Brzyski, Šuler, Dwaliszwili, Broź czy Júnior, do tego młodsi Ojamaa i Augusto - młodsi, ale bez przesady: to zawodnicy w dużej mierze już ukształtowani, póki co radzący sobie mizernie. Zresztą sam Leśnodorski przyznał w końcu, że legijny skauting póki co jest w powijakach, co zrozumiałe - na wieloletnim ugorze nie da się posadzić drzewek owocowych i oczekiwać efektów po miesiącu.

"Fraktalnoja" to kolejne pojęcie związane z prezentyzmem - Rushkoff rozumie przez nie stan dezorientacji i zagubienia spowodowany mnogością danych, z którymi radzimy sobie nakładając na rzeczywistość schematy, upraszczając, a nawet tworząc spiskowe teorie. Taka jest dziś dyskusja o polskiej piłce: Mistrz Polski za każdym razem jest lepszy, ale nie potrafi strzelić choćby jednej bramki. Trener owego mistrza narzeka na przerwy reprezentacyjne, choć gdyby nie miał w składzie reprezentantów, pewnie narzekałby na... gorszą jakość zawodników. Jeden z trenerów tzw. młodego pokolenia główny problem ligi widzi w tym, że obcokrajowcy są w niej rzekomo traktowani lepiej niż Polacy, nawet ci dorobkiem (np. w Bundeslidze). To przykłady najświeższe, ale listę mniej lub bardziej (zwykle bardziej) absurdalnych teorii można ciągnąć dłużej, niż passę Widzewa bez zwycięstwa na wyjeździe.

Jako czwartą oznakę prezentyzmu Rushkoff wymienia "apocalypto", czyli presję czasu i zmian, prowadzącą do tracenia samokontroli oraz utraty wiary w zdolność rozwiązywania kolejnych problemów. Co, w zaproponowanym przez socjologa modelu, prowadzi do wiary w cudowną moc zbliżającej się ery sztucznej inteligencji. W futbolu podobnie: kilka słabszych wyników, mini-kryzys w drużynie i już klubowi włodarze szukają rozwiązania, najczęściej pokładając wiarę w trenerskiego mesjasza, który co prawda miesiąc temu wpędził w kłopoty inny zespół, ale dziś z pewnością jest już całkiem innym człowiekiem i pomoże w odbiciu się od dna. To, że proste środki nie zawsze są skuteczne, znalazło swoje potwierdzenie również w ostatnich tygodniach: szkoleniowców wymieniły Zagłębie z Widzewem, a zamiast poprawy rezultatów przyszło ich pogorszenie. Z drugiej strony nowa miotła w Chorzowie dała zawodnikom silny impuls. W dłuższej perspektywie jednak drastyczne zmiany dają zapewne efekt zbliżony, a działacze powinni się raczej zastanowić nad środowiskiem pracy trenerów (skład, transfery, zaplecze, inwestycje w młodzież) niż nad tym, kto swoimi umiejętnościami i charyzmą przykryje ich nieudolność.

Najważniejszą składową omawianego prezentyzmu jest jednak upadek narracji. Nie mamy już narracji przejrzystych, linearnych, dążących do jasno określonego celu. Żyjemy w świecie "gier o tron", rozbuchanych w dramatycznej formie historii, których najważniejszą cechą jest trwanie - z dnia na dzień, z odcinka na odcinek, z jak najciekawszymi zwrotami akcji, ale bez końca, jasno nakreślonego punktu, do którego można by dążyć. Ligowa piłka znakomicie się w to wpisuje, choćby ostatnia reforma dołożyła nam jeszcze bonusowych siedem "odcinków". Nagromadzenie spotkań gwarantuje emocje - przy tej częstotliwości banalik pt. "każdy może wygrać z każdym" znajduje jeszcze wyraźniejsze potwierdzenie, a jeszcze mocniejszy "zwrot akcji" zapewni podział punktów po zasadniczej części sezonu.

Przy czym nie mamy do czynienia z tradycyjną telenowelą pokroju "Klanu", ale z produkcją na wskroś nowoczesną, gdzie zwroty akcji są główną, a często jedyną treścią. Dziś lider ogrywa wicelidera, by jutro przegrać z outsiderem. Liga "jest ciekawsza", a stado komentatorów biegnie od jednej sensacji do drugiej, bo przecież ktoś te dramatyzmy musi publice wytłumaczyć. Wszystko to sprawia, że pojedyncze spotkanie jeszcze bardziej traktowane jest jako po prostu kolejny odcinek serialu, w którym poleją się łzy, być może też trochę krwi, ale w ogólnym rozrachunku wynik danej potyczki będzie znaczył wyjątkowo mało, a na koniec sezonu z tych pojedynczych epizodów nie zostanie nam w głowie nic.

Świat się zmienia, ale niekoniecznie idzie do przodu - przynajmniej nie cały. W erze globalizacji nasza Ekstraklasa wybrała drogę "grajdolizacji", okopała się we własnym grajdole i do Europy wyściubia nos najwyżej na chwilę, za każdym razem zresztą musi ten nos zatykać, bo powiew świeżości jest dla niej zbyt mocny. Warto o tym pamiętać, gdy Legia lub jakikolwiek inny nasz reprezentant niespecjalnie będzie chciał na boisku europejskim umierać. Nasi piłkarze nie troszczą się o punkty rankingowe, o wizerunek polskiej piłki, o kontrakty w zachodnich klubach. Żyją i grają w czasie Present Simple - teraźniejszym, boleśnie uproszczonym. Daniel Markiewicz
comments powered by Disqus
facebook