Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 9 maja 2014

Liga jak szkocka

fot. marca.com
Jeszcze w maju 2011 roku ówczesny prezes Sevilli José María del Nido grzmiał że liga hiszpańska przypomina szkocką, bo liczą się w niej ledwie dwie ekipy, podczas gdy pozostała osiemnastka stanowi ledwie żałosne tło dla poczynań największych. 3 lata później Florentino Pérez myśli sobie - liga hiszpańska przypomina szkocką. Mocna jak wyspiarski trunek i też może przyprawić o ból głowy.

Europa da się lubić

Nieco ponad tydzień temu drużyny z La Liga potwierdziły w najbardziej obiektywny sposób swą wiodącą rolę w europejskim futbolu zgodnie dominując półfinały Ligi Mistrzów. Rozgrywek, w których każdy klub wystawia swoje najmocniejsze karty. Rozgrywek, w których przebiegłemu Mourinho nawet przez myśl nie przejdzie by na decydujący mecz desygnować do gry na środku obrony anonimowego Czecha Kalasa, a Carlo Ancelottiemu by oszczędzić, znajdujących się nie w pełni sił Ronaldo i Bale'a. Jeśli ktoś tu przegrywa, to przegrywa zazwyczaj z najbardziej prozaicznego powodu jaki istnieje w świecie sportu - bo był słabszy. Madryckie drużyny tę różnicę klas swoim oponentom wyperswadowały w wyjątkowo dobitny sposób - prezentując futbol ofensywny, intensywny, zabójczo skuteczny i kpiąc z tych, którym kunktatorstwo i umiłowanie jednej metody na osiągnięcie sukcesu, przesłania rzeczywisty sens rywalizacji, jakim powinno być obsesyjne pragnienie wygranej.

Na przeszkodzie by w ten sam sposób swą pozycję na arenie europejskiej ugruntować pod szyldem młodszej i biedniejszej siostry Ligi Mistrzów stanęło pechowe losowanie, które skojarzyło ze sobą w bratobójczym pojedynku Valencię i Sevillę. Dwa kluby, którym madrycko-barcelońska dominacja odbiła się największą czkawką, odbierając na lata stabilizację sprzed kilku sezonów, miały stoczyć walkę o jedno miejsce w decydującym spotkaniu o trofeum, które dla jednych i drugich mogło stać się pierwszym krokiem w powrocie do pionu. Nie mogąc wspólnie wkroczyć do turyńskiego finału, kluby z Mestalla i Estadio Ramón Sánchez Pizjuán postarały się przynajmniej o to, by przyćmić drugą z rywalizujących par, tworząc spektakularne, pełne zwrotów akcji 180 minutowe przedstawienie o wręcz groteskowym zakończeniu. Najpierw rudowłosy dryblas Jeremy Mathieu - na pierwszy rzut oka - karykatura piłkarza, o kończynach ciosanych z kartofla finalizuje porywającą remontadę Los Ches, umieszczając piłkę w siatce po stałym fragmencie gry, by kilkanaście minut później zostać, wraz z kolegami, zepchnięty w otchłań rozpaczy przez swojego odpowiednika w drużynie Sevillistas, Stéphane'a Mbię, po akcji godnej reżyserii Rory'ego Delapa, stanowiącej żart z tego wszystkiego, co wpaja się młodym adeptom hiszpańskich szkółek piłkarskich.


Goal Mbia - Valencia 3-1 Sevilla - 01-05-2014 przez 1Federico

Livin' La Liga Loca

Ten sam pokraczny Mathieu, wraz ze swym flegmatycznym kompanem Danim Parejo, już w kilka dni później zasiał ziarno niepewności w sercach fanów madryckiego Realu, który w obliczu doskonałej okazji i niespodziewanego prezentu od podopiecznych Joaquína Caparrósa, miast usiąść na plecy walecznym Los Colchoneros sam padł na kolana i wziął "na barana" wrogów z Barcelony, którzy ledwie dzień wcześniej ustami Sergio Busquetsa mówili jasno, wyjątkowo unikając frazesów o gigantycznym posiadaniu, kontroli meczu i prezentowaniu lepszego futbolu - W tym roku nie wygramy żadnego trofeum i mam nadzieję, że posłuży to za nauczkę na przyszłe lata. Amen. Ale czy na pewno?

Otóż nie. Mający dość upokorzeń zawodnicy Barcelony, nie wiedzieli, że w Madrycie wciąż na takowe jest zapotrzebowanie. Na Estadio José Zorrilla Królewscy dopełnili swej kompromitacji, dając tym razem Blaugranie możliwość wejścia im na głowę. A z tej perspektywy doskonale widać już tryumf w ligowych rozgrywkach. Przesłaniają go jedynie Estadio Manuel Martínez Valero i żołnierze Cholo Simeone. Przeszkody to trudne, ale perspektywa dokonania niemożliwego w tak dramatycznie złym, nie tylko pod względem sportowym, sezonie dla Barcelony może uruchomić dodatkowe rezerwy w płucach Messiego i spółki. Symbolika ewentualnej wygranej, czyli możliwość zadedykowania tytułu Tito Vilanovie działa na wyobraźnie, czego już w dzień po wpadce Realu nie ukrywał Pedro Rodriguez. Jeśli ktoś w stolicy Katalonii i wśród sympatyków klubu z Camp Nou dziś o tym nie marzy, to jest to pokierowane tylko i wyłącznie obawą o to, że sukces mógłby doprowadzić do zakonserwowania jeszcze na rok obecnej lichej sytuacji organizacyjno-kadrowej.


Gol de Osorio Valladolid vs Real Madrid 1-1 (07... przez atillasallaVEVO

Tymczasem Santiago Bernabeu jeszcze raz zadrżało w posadach. Drużyną Realu wstrząsnęła fala mniejszych lub większych urazów, przedwcześnie nadeszło uczucie nasycenia i dziś, zamiast marzyć o Décimie (ba, o potrójnej koronie) kibice Los Blancos zaczęli się obawiać, czy aby znów nie zakończą sezonu z pucharem pocieszenia. Pewności siebie nie buduje w nich Carlo Ancelotti. Włoch, człowiek w pierwszej kolejności odpowiedzialny za uzyskanie niesatysfakcjonującego rezultatu w starciu z Los Pucelas, drugi raz w tym sezonie został zdegradowany z roli geniusza, który stworzył futbolowe perpetuum mobile do roli tchórza, desperacko broniącego niepewnego rezultatu przed niegroźnym rywalem. Wygodnie jest zrzucić po meczu winę na Asiera Illarramendiego. Wychowanek Realu Sociedad w istocie zanotował słabiutkie, być może najgorsze w karierze, 20 minut, podczas których zapadł w pamięć jedynie ciosem karate (za co zarobił żółtą kartkę) i nieupilnowaniem przy rzucie rożnym Humberto Osorio, co zaowocowało wyrównującym golem. Gra Baska nie była jednak zbrodnią na Realu, a karą na Los Merengues za to, że zespół z indywidualnościami pokroju Benzemy, Di Marii, Isco czy Modricia nie wykazał inicjatywy by jak najszybciej "zabić" mecz z desperacko broniącym się przed spadkiem - z całym szacunkiem - klubikiem.

Hiszpański monolog

La Liga ściga się dziś z samą sobą. Po zawojowaniu Europy, ekipy z Półwyspu Iberyjskiego postanowiły przypomnieć także na rodzimym podwórku co znaczy walka do samego końca i jak zdrowe emocje mogą jej towarzyszyć. Na jeden z bardziej fascynujących sezonów w historii Premier League, w którym najlepsi tasowali się na pozycji lidera niemal do samego końca (a wciąż jest cień szansy na jeszcze jeden przewrót), odpowiedziała najciekawszym sezonem od dekady, w którym w podziale łupów na wszystkich możliwych frontach mogą partycypować aż 4 różne ekipy, a walka o mistrzostwo kraju, wedle wszystkich znaków na niebie i ziemi, rozstrzygnie się w ostatniej kolejce, w bezpośredniej rywalizacji dwóch najlepszych na dzień dzisiejszy ekip.

Na tym jednak nie koniec, bo kolejnemu rozkwitowi piłki spod znaku La Furia Roja zdaje się sprzyjać cały świat. Luis Felipe Scolari ignoruje w powołaniach na mundial Filipe Luisa i Mirandę. a Joachim Löw pomija w swych planach nowy nabytek Barcelony - Marca-André ter Stegena. Zarówno w Madrycie jak i w Barcelonie nad tym nie rozpaczają - obrońcy Rojilancos będą mogli zregenerować siły po wyczerpującym do granic możliwości sezonie, a nowy portero Barcy będzie mógł w spokoju aklimatyzować się w nowym otoczeniu. Jeszcze tylko Vicente del Bosque zbuduje kadrę wyłącznie w oparciu o zawodników z Premier League, Serie A i Bundesligi i zaraz okaże się, że z gwiazd hiszpańskiej ekstraklasy na brazylijskim mundialu spocić się mają zamiar jedynie Messi i Ronaldo. Ale przecież ci dwaj dla odmiany w bieżących rozgrywkach się nie forsowali, obniżając o, bagatela, około 15 bramek poprzeczkę w walce o Trofeo Pichichi.

Budzące kontrowersje metody Pepa Guardioli osłabiły stabilność Bayernu Monachium, który jednocześnie nie ustaje w próbach osłabienia największego krajowego rywala, podkradając mu kolejną gwiazdę. Konkurencyjność ligi angielskiej budzi podziw, ale trzeba mieć świadomość, że jest wynikiem braku liderów, pokroju Manchesteru United z czasów świetności Alexa Fergusona czy Chelsea z okresu pierwszej londyńskiej przygody Mourinho. Wreszcie rozgrywki europejskie pokazują, że do czołówki kontynentu bliżej jest czołowym ekipom Liga Zon Sagres i bogaczom ze szczytu Ligue 1, niż zasłużonym włoskim firmom. W tej sytuacji Hiszpanom nie pozostaje nic innego jak dalej grać "all in" i brać wszystko.
comments powered by Disqus
facebook