Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 21 sierpnia 2013

Kupować czy nie kupować - oto jest pytanie

fot. skysports.com
Radujmy się, wrócił sezon piłkarski! A wraz z nim troszeczkę więcej do mówienia w cotygodniowej "Perfidii futbolu". Dzisiaj o Arsenalu, Newcastle, Rayo, Casillasie, Hummelsie i Zimlingu.

Ze zdziwienia bierze się wiedza - jak pisze Arystoteles - i na zdziwieniu opiera się cała dyskusja na temat transferów. Ludzie dziwią się, jak można wydać tyle na Bale'a, dlaczego tyle kosztował Illaramendi, Soldado, Negredo, Navas, Marquinhos. Po co Bayernowi Goetze i Thiago, a także dlaczego Arsenal nie kupuje piłkarzy. Kibice i dziennikarze się dziwią, ale bynajmniej z tego nie wynika żadna wiedza. Co więcej - wiemy chyba coraz mniej.

Weźmy taki Arsenal. Na temat nieudolności klubu na rynku transferowym pisaliśmy już całkiem sporo tutaj i tutaj, wielu też znalazło się wujków dobra rada, którzy wskazują Kanonierom odpowiednich piłkarzy (tak właściwie to czemu nie: Mario Suarez z Atletico Madryt, Adem Ljajić z Fiorentiny, proszę bardzo). Arsene Wenger budzi się w nocy cały spocony, a w uszach bębni ciągle rytmiczne: "spend, spend, spend" - krzyczane przez fanów Arsenalu. Ale menedżer nie wydaje.

Nie wydaje, ponieważ nie chce wskakiwać na karuzelę przepłaconych piłkarzy, chciwych klubów i manipulujących agentów. Powody takiej postawy mogą być różnorakie, a najlepiej zasłonić się względami etycznymi.

Za wszystkim może stać jednak pragmatyzm, wszak Simon Kuper dla Financial Times przypomina, że Arsene Wenger z wykształcenia jest ekonomistą i zdobyta przez czas studiów wiedza pozwoliła mu dowiedzieć się o cyklach koniunkturalnych i różnego rodzaju bańkach spekulacyjnych. Menedżer Arsenalu uznaje, że rynek transferowy musi poddawać się tym samym regułom, co każdy inny. Gdy ceny rosną bez opamiętania, w którymś momencie bańka musi pęknąć, musi nastąpić korekta. Wiara w spełnienie się zasad ekonomii nie pozwalała mu wydawać dużych pieniędzy (pomijając odsetki za stadion) przez żadne okienko transferowe. Rynek jednak wciąż nie uczynił zadość poglądom Wengera. Pytanie tylko - czy na to się zanosi?

***

Arsenal chyba jednak ruszył na zakupy - do Newcastle poszła oferta za Yohana Cabaye'a. Dobry piłkarz, świetny technicznie, a do tego z niezłą wydolnością. Jednak niekoniecznie tego Kanonierzy naprawdę potrzebują. Ale nie o tym będzie mowa. - W przededniu meczu z Manchesterem City dostaliśmy ofertę na tego zawodnika, którą uznajemy za niewłaściwą - mówił przed meczem z Obywatelami menedżer Srok Alan Pardew. Dlatego też nie wystawił Francuza w pierwszym składzie na mecz na Etihad Stadium. Spotkanie skończyło się sromotną klęską, co - podobnie jak porażka Arsenalu u siebie - uwidoczniło problemy, z jakim zmaga się klub z północnej Anglii.

Gdy spojrzy się na pierwszą jedenastkę Newcastle, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że ta drużyna powinna osiągać lepsze wyniki niż 0:4 w pierwszym meczu. Krul, Debuchy, Sissoko, Anita, Cisse, Ben Arfa, Tiote, a w odwodzie jeszcze Remy - to nie są zawodnicy, którzy powinni być skazana na pożarcie. A część z nich przyszła do klubu za naprawdę niemałe pieniądze.

Ale po ich wyczynach, a także pewnego rodzaju lekceważeniu tego, co dzieje się na boisku zarówno ze strony piłkarzy, jaki i menedżera, można sobie pomyśleć, że problemy w tym klubie siedzą znacznie głębiej niż może nam się wydawać.

Zatrudnienie Joe Kinneara, który już w pierwszym wywiadzie skompromitował się przekręcając nazwiska połowy pierwszej jedenastki, bezradność Pardew, frustracja piłkarzy na boisku - to wszystko są znamiona zakulisowych gierek, koterii i układów, które wysysają z tego klubu życie. Tracą na tym przede wszystkim kibice, którzy zasługują na to, by oglądać drużynę, która może nawet i przegrywa, ale robi to z podniesioną głową.

Jeżeli ten rak dalej będzie toczyć Newcastle, obecny sezon przyniesie Srokom chyba jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi.

***

Można wydawać i przegrywać, można też nic nie wydać i też przegrać, ale najfajniej jest nie wydać nic i wygrywać. Tą ostatnią drogą - co prawda z musu - poszło Rayo Vallecano, które w poniedziałek zaczęło kolejny sezon w La Liga.

Na drodze sympatycznej ferajny Paco Jemeza z Vallecas stanęła równie sympatyczna ekipa beniaminka ligi - Elche. Z madryckiego klubu odszedł Leo Baptistao i Piti, wielu wiec zastanawiało się jak teraz radzić sobie będzie Rayo w lidze.

Carry on and press more - powiedział pewnie swoim podopiecznym Jemez i jak powiedział, tak piłkarze zrobili. Drużyna z Vallecas zaprezentowała futbol ofensywny, z płynną wymiennością pozycji, z wielkim ryzykiem, a jednocześnie sporą pewnością siebie. Efekt? Gładkie 3:0.



Nie wiadomo, co Jemez robi na treningach z tą drużyną, ale jeżeli Alberto Bueno w końcu wygląda na zawodnika z pewnej symulacji menedżera piłkarskiego, to znaczy, że jest to naprawdę kawał dobrej roboty.

***

Tymczasem cała Hiszpania (i okolice) podzieliła się na dwa obozy. Nazwy obu kończą się na "istas" i oba toczą spór o postać Ikera Casillasa, który rzekomo źle znosi porażkę w rywalizacji z Diego Lopezem i czuje się smutny, a także nosi się z zamiarem odejścia z klubu.

Jedni mówią: - Dobrze mu tak, haha, Judaszowi, a drudzy: - Ale to w sumie legenda klubu, jakże to tak. Legenda nie legenda, Judasz nie Judasz - jak ktoś obraża się, że nie gra w pierwszym składzie, to znaczy, że raczej pomyliły mu się zawody.

Niektórzy mówią, że ścian nośnych się nie burzy, ale może być też i tak, że ktoś pomylił się w projektowaniu - zdarza się. Szkoda, że "Ikergate" nie działo się podczas treningów w klubie Jerzego Dudka. Ciekawe, jak odbierano by wtedy sprawę w Polsce.

***

Na szczęście wizyta w Niemczech to okazja do rozmyślań nad piłką w sensie ścisłym. Pytanie - która asysta ładniejsza?

Zimlinga?



Czy Hummelsa?

Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook