Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 14 lipca 2013

Kto biednemu zabroni?

fot. marca.com
Podobno można się dobrze bawić na imprezie bez używek (choć wypadałoby, by ktoś tę informację wreszcie zweryfikował). A czy można skutecznie działać na rynku transferowym bez pokaźnych środków finansowych?

Kryzys ekonomiczny nigdy nie był w hiszpańskiej piłce zjawiskiem tak namacalnym jak obecnie. Dyrektywy Unii Europejskiej, ustanawianie zarządów komisarycznych, konieczność zawierania układów ze Skarbem Państwa w celu rozłożenia na raty zobowiązań podatkowych czy szokujące sprawozdania ekonomisty, José Maríi Gaya de Liébany - nic z tych rzeczy nie podziałało na wyobraźnie działaczy klubów La Liga i niższych klas rozgrywkowych tak jak casus Salamanki, drużyny o której od niespełna miesiąca możemy mówić jedynie w czasie przeszłym. I nie jest to bynajmniej przykład abstrakcyjny - mowa o klubie, który wychował Vicente del Bosque, nieco ponad dekadę temu bił się jeszcze w Primera, a ledwie 3 miesiące wcześniej świętował okazałe 90-lecie istnienia. "100 lat" nikt im jednak nie zaśpiewa.

Oczywiście można stwierdzić, że Salamance po prostu zabrakło szczęścia, którego doświadczyły Real Oviedo czy Xerez. Na pierwszych ściepę prowadziła połowa piłkarskiej Hiszpanii i kibice, by cała akcja zakończyła się happy endem dzięki wejściu na scenę bogacza, Carlosa Slima Helu. Drugich znad przepaści dopiero co wyciągnęła Sevilla, nie do końca bezinteresownie, bo jednocześnie zapewniając sobie pierwszeństwo w przeczesywaniu szkółki sąsiedniego klubu. Problem w tym, że gatunek Świętych Mikołajów (a raczej Trzech Króli, bo to oni w hiszpańskiej tradycji wiązani są ze zwyczajem wręczania prezentów) w Hiszpanii jest na wymarciu. Znaleźli swojego wybawiciela Oviedistas, znaleźli Xerecistas, ale trzeci z Los Reyes Magos zagubił się gdzieś po drodze na Estadio Helmántico.

Płać i płacz

Bardziej od przypadków wyżej wymienionych drużyn, bądź co bądź, wypchniętych na margines iberyjskiego futbolu, niepokoi fakt, że z tymi samymi problemami boryka się większość pierwszoligowców, a specjalne zasady, na jakich traktowane są przez fiskus kluby, stają się solą w oku dla wszystkich tych, którzy na tego rodzaju przywileje liczyć nie mogą oraz tych, dla których konieczność szukania oszczędności to coś więcej niż pusty slogan. Obecny stan rzeczy wymownie opisuje wspomniany profesor Gay de Liébana - Kiedy ludzie pytają mnie, które kluby są zagrożone, łatwiej mi odpowiedzieć wymieniając listę tych, które nie są: FC Barcelona, Real Madryt, Athletic Bilbao.

Zestawienie to można by w zasadzie uzupełnić o Real Sociedad czy Getafe - i na tym koniec. Dlatego też ekonomista nie dziwi się oburzeniu np. Uliego Hoenessa, rozeźlonego na fakt, że jego klub pośrednio finansuje rywali z Hiszpanii czego ci nie potrafią uszanować - Hoeness ma w zasadzie rację. Gdy ja nie płacę podatków, władze przychodzą po mnie, gdy postępują tak kluby, dzieje się inaczej. A warto mieć na względzie, że długi publiczne przedstawicieli La Liga wynoszące łącznie ok 700 milionów euro to jedynie wierzchołek góry lodowej, której podstawy tworzą zobowiązania wobec innych podmiotów (głównie instytucji kredytowych). Te liczyć można w miliardach(!) jednostek europejskiej waluty.

Takie liczby nie nastrajają pozytywnie szczególnie, gdy zbliża się otwarcie okienka transferowego. Okres pomiędzy lipcem a wrześniem w teorii ma służyć wzmocnieniom. Hiszpańskim zespołom ten cel przesłania konieczność odbicia debetu. Czy te dwie rzeczy da się w ogóle pogodzić? No hay mejor maestra que la necesidad - jak mawiają Hiszpanie, co odpowiada naszemu porzekadłu "potrzeba jest matką wynalazków". Jakimś rozwiązaniem jest coraz bardziej powszechne wikłanie się w third party ownership, ale przypadki Realu Saragossy czy Deportivo, które czerpały garściami z pozornych dobrodziejstw tego procederu, a które właśnie wylądowały w Segunda, nie dostarczają tej, cieszącej się i tak złą sławą, instytucji nowych zwolenników. Okazuje się jednak, że można działać zgodnie z literą prawa i osiągnąć sukces.

Atlético Madryt

Na poziomie sportowym aktualny cel Atlético to równać do najlepszych. W kwestii niegospodarności od dawna nie mają jednak równych sobie, a to odbija się na wysokości ich długu publicznego, który według ostatnich oficjalnych wyliczeń ze stycznia 2012 wynosił grubo ponad 100 milionów euro. Najświeższe dane, pochodzące od klubu, informują, że zaległości "schudły" do kwoty dwucyfrowej, co uwiarygodnia fakt dopuszczenia Rojiblancos do Ligi Mistrzów, ale sytuacja jest wciąż daleka od normalnej.

Klub z Madrytu słynie z tego, że potrafi zadbać o doskonała obsadę przednich formacji. Bramki dla Los Colchoneros strzelali wszak w ostatnich latach tacy goleadorzy jak Fernando Torres (gdy słowa Torres i goleador stały jeszcze obok siebie), Sergio Agüero, Diego Forlán czy Radamel Falcao, a teraz o to samo postara się doświadczony David Villa i doskonale zapowiadający się Léo Baptistão. Ci wielcy snajperzy opuszczali Vicente Calderon za okrągłe sumy, ale z rozgospodarowaniem otrzymanych kwot bywało różnie. O ile pieniądze ze sprzedaży Torresa znalazły swe odzwierciedlenie we wzmocnieniach (do klubu przyszli Forlán, Luis Garcia, José Antonio Reyes czy Thiago Motta), o tyle cały zysk z transferu Kuna poświęcony został na ratowanie krytycznego stanu klubowych finansów.

Jak jest tym razem? Z klubu odszedł wspomniany El Tigre. Kwota 60 milionów uzyskanych za Kolumbijczyka wygląda nieźle, ale jak wyjaśnialiśmy już na naszych łamach, stołeczny klub większości z tych pieniędzy nie powącha, bo wszystko wskazuje na to, że dysponował niespełna 50% praw do zawodnika. Wobec tego w rękach Enrique Cerezo pozostaje jakieś 27 milionów euro. I tu kolejny psikus. Kolejne 15 milionów z tej kwoty wędruje bezpośrednio do fiskusa jako coroczna zryczałtowana opłata mająca na celu pokryć wciąż wysokie zobowiązania.

Los Colchoneros jako spuścizna po znakomitym napastniku ostaje się jedynie 12 "melonów". I tu zaczynają się pozytywy. Cerezo do spółki z José Luisem Pérezem Caminero z tych ograniczonych środków zrobili znakomity użytek. Po stronie zysków zapisać sobie mogą przedłużenie wypożyczenia Thibauta Courtoisa, jeszcze świeżą transakcję z Martinem Demichelisem w roli głównej i groszowe, w proporcji do spodziewanych korzyści, operacje sprowadzenia nad rzekę Manzanares młodziutkiego Urusa, José Maríi Giméneza i wspomnianych Villi oraz Baptistão. Za ten korzystny w aspekcie sportowym i wiarygodny finansowo biznes działacze zdobywców Pucharu Króla zasłużyli na "5" - z minusem za wielce prawdopodobne przeciąenie budżetu płacowego, co w ich przypadku może się wkrótce odbić czkawką.

Real Betis Balompié

Béticos swe pokaźne zadłużenie zawdzięczają w dużej mierze czasom "radosnych" rządów Manuela Ruiza de Lopery. Późniejsza działalność Rafael Gordillo, a obecnie Miguel Guilléna pozwoliła w stosunkowo krótkim okresie zredukować dług z początkowych 84 milionów do 47, by w styczniu 2012 osiągnąć poziom zadłużenia w granicach 35 milionów euro.

Podobnie jak w przypadku Atlético, nieuregulowane zobowiązania wymusiły na Verdiblancos konieczność układania się z organami podatkowymi. Rok rocznie w ich kierunku z kasy klubu wędruje okrągłe 10 milionów euro, a ponadto fiskus kładzie rękę na każdej transakcji sprzedaży zawodników. Dlatego właśnie realny zysk z poświęcenia Beñata na rzecz Athletiku Bilbao wyniósł dla klubu z Estadio Benito Villamarín jedynie 4 miliony. A wizja uiszczenia dodatkowego haraczu wobec instytucji podatkowych sprawia, że Andaluzyjczycy i tą kwotą specjalnie nie szastają.

Sytuacji drużyny dowodzonej przez Pepe Mela nie poprawia fakt, że kilku podstawowych zawodników takich jak bramkarz Adrian, obrońca Mario Álvarez czy pomocnik José Cañas opuściło 7. ekipę poprzednich rozgrywek całkowicie za friko. Zadbano o sprowadzenie ich następców, ale w większości przypadków ich prawdziwą przydatność zweryfikuje dopiero rzeczywistość, bo są to albo przybysze z innych lig (Andersen, Sara, Lorenzo Reyes), albo z niższych klas rozgrywkowych (Mabwati, Juanfran, Chuli). Pośród tych kilku niewiadomych znalazło się miejsce na jeden prawdziwy hit - Joana Verdú. Katalończyk na boisku Beñata nie zastąpi, gra wyżej od Baska, jest usposobiony dużo bardziej ofensywnie, ale bez wątpienia jest to materiał na przejęcie roli lidera od byłej "10" Béticos. Wychowanek Espanyolu ma doświadczenie w tej materii z czasów gry w borykającym się z podobnymi problemami Espanyolu. Pytanie, jak na funkcjonowanie Verdiblancos i Verdú wpłyną występy w pucharach?

Księgowi Zielono-białych europejskie standardy implementują jak na razie z powodzeniem. Klubowe finanse zostały uszczuplone ledwie o 1,3 miliona, więc wszystko jest pod kontrolą.

Osasuna Pampeluna

Nam wieloletnie plany kojarzą się głównie z gospodarką czasów Polski Ludowej. Historia zna plany 3-letnie, zna i 5-letnie czy 6-letnie, ale plan 75-letni to przy tych projektach absolutna abstrakcja. Ale nie w Królestwie Nawarry. Włodarze klubu z Pampeluny właśnie na tym polu znalazły swoją niszę i to miała być ich metoda na walkę z problemem. Rządzący Hiszpanią nie podzielili jednak entuzjazmu ówczesnego prezesa klubu, Patxiego Izco i nie poszli na taki układ, przyznając, że instrumenty służące egzekwowaniu zaległości o charakterze publicznym są w kraju mistrzów Świata i Europy elastyczne, ale nie do tego stopnia.

Gdy te oryginalne plany na walkę z kryzysem legły w gruzach, a Izco został zastąpiony przez Miguela Archanco, trzeba było zacząć kombinować jak reszta, czyli robić tak, by przychody przewyższały rozchody. Na rynku transferowym działacze klubu z El Sadar egzekwują tą złotą proporcję sumiennie. Klub za 4 miliony euro opuścił najlepszy strzelec, Kike Sola. Nowy nabytek Los Leones ma zostać zastąpiony przez sprowadzonego za darmo wychowanka Blaugrany Oriola Rierę. Na tej samej zasadzie drużynę Mendilibara zasili defensorzy Jordan Loties i Joan Oriol. Listę wzmocnień uzupełniają sprowadzeni za niespełna 2,5 miliona Miguel de las Cuevas i Gato Silva. Nie trzeba być matematykiem by zorientować się, że Osasuna idzie w dobrym kierunku.

Cień nadziei

Jeszcze rok temu ekonomiści przewidywali rychły upadek La Liga i dawali rozgrywkom maksymalnie 5 lat jako takiej egzystencji. Do uznania ich czarnych wizji za przedwczesne wciąż nam daleko, ale ciężko nie ulec wrażeniu, że ostatnich kilkanaście miesięcy czegoś hiszpańskie kluby nauczyło i to się ceni, nawet jeśli edukacja miała charakter przymusowy. Obok bodźców negatywnych, jak historia Salamanki, są i wzorce godne naśladowania jak Granada, która jest o krok od wyjścia na prostą. Bo nie ulega wątpliwości, że lepiej wiązać koniec z końcem niż z końcem się witać. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook