Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
czwartek, 19 września 2013

Komu potrzebna Liga Europy?

fot. skysports.com
Lekceważące traktowanie, wystawianie rezerw, gra na pół gwizdka - dla największych drużyn Liga Europy nie jest ani specjalnie ponętna, ani nie umożliwia zdobycie konkretnych środków finansowych. Co innego maluczcy; dla takiej Legii premie od UEFA będą nie do pogardzenia, a sam awans do fazy grupowej okazał się niezbędny w kontekście równoważenia budżetu. A jak w tym sezonie brzydszą siostrę Ligi Mistrzów potraktują kluby z najsilniejszych lig? Sprawdźmy:

Hiszpania

Hiszpania to kraj, gdzie Ligę Europy (a wcześniej Puchar UEFA) zawsze traktowało się poważnie. To nawet nie kwestia jakiegoś szczególnego gatunku profesjonalizmu. Na Półwyspie Iberyjskim po prostu nie mają innego wyjścia. Kręcić nosem na mizerne gratyfikacje nie ma co, skoro w klubowej kasie hula wiatr. Gwiazdorzyć nie będą i liderzy drużyn, skoro w ligowych rozgrywkach co weekend miejsce w szeregu pokazują im konstelacje z Santiago Bernabeu czy Camp Nou. W takim układzie możemy liczyć na szczery wysiłek w wykonaniu całego tercetu reprezentującego La Liga w rozgrywkach ubogiej siostry Champions League.

Nie znaczy to jednak, że przypadek każdej z tych drużyn jest taki sam. Sytuacja finansowa Sevilli jest zdaniem prezydenta tego klubu Jose Marii del Nido w porządku, ale trzeba pamiętać, że jest ona wynikiem wyprzedaży, która z kolei wzięła się z utraty płynności finansowej spowodowanej brakiem gry w europejskich pucharach. Gra w Lidze Europa może przynieść Sevilli trochę pieniędzy, ale tylko pod warunkiem zajścia daleko w tych rozgrywkach. Człowiekiem, z którym wiąże się największe nadzieje w Andaluzji jest trener Unai Emery, który w poprzednim sezonie dał Sevilli styl i wpoił im walkę do samego końca. Del Nido odkrył, że z tej mąki będzie chleb i wpadł na pomysł zbudowania drużyny wokół szkoleniowca. Sprzedano Navasa i Negredo, a w zamian trafił cały zastęp może nie największych gwiazd, ale zawodników co najmniej poprawnych jak chociażby Marin, Bacca, Gameiro czy Rusescu. Rzeczywistość pokazała, że potencjał w drużynie jest, ale nie idą za nim wyniki.

Z kolei Valencia jest w tym momencie w organizacyjnym zamęcie. Sytuację próbuje kontrolować prezes Salvo, ale jego zdecydowane i bezkompromisowe ruchy przynoszą tyleż pożytku, co strat, a nawet tego drugiego jest więcej. Zatrudniono trenera Djukicia mającego przejąć pałeczkę od Ernesto Valverde i dać drużynie stabilizację, ale zaczął sezon tak, że w Valencii z każdym meczem kibice wstydzą się coraz bardziej. W całym sezonie dobrą grę Nietoperze pokazały w zasadzie tylko przez kilkanaście minut z Barceloną, a wymierną korzyść w drużynie dają tylko ściągnięty w miejsce Roberto Soldado Helder Postiga oraz Ricardo Costa. Ever Banega nie kontynuuje swojej znakomitej formy z końcówki sezonu i z niezłej w jego wykonaniu pretemporady, czuje się raczej na boisku zagubiony, co tylko dopełnia obrazu drużyny zachowującej się jak dzieci we mgle. Co więcej, Djukić ulega wpływom piłkarzy, Jeremy Mathieu naciskał na grę na środku obrony, miast na lewej flance defensywy i w końcu dopiął swego, choć o występach na tej pozycji wolałby raczej zapomnieć. Co gorsza dla Valencii, trudno znaleźć trenera, który mógłby tę drużynę pchnąć do przodu.

Dla Betisu to pierwszy sezon w pucharach od rozgrywek 2005/06. Mimo tak długiej przerwy w podróżach po Europie, dla Beticos były to burzliwe lata. Klub spadł z La Liga, by dopiero niedawno ugruntować swoją pozycję w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wciąż w bilansie finansowym widać ślady przeszłości, spore długi oznaczają, że trzeba na rynku szukać okazji, ale są też powody do zadowolenia. Za darmo ściągnięto Verdu, za kwotę liczoną raczej w eurocentach (dokładniej 120) skuszono się na usługi skrzydłowego Cedrica. Obaj pokazali, że mogą być wielkim wzmocnieniem zespołu.

Potwierdzili to wraz z całą drużyną w meczach z przeciwnikami o uznanej marce - Real Madryt długo miał kłopoty z dobrze dysponowanym Betisem, a akcje Sevilli, Moliny i Verdu długo jeszcze będą śnić się po nocach obrońcom Valencii. Trener Pepe Mel zbudował drużynę, w której często stosuje rotację, ale nie zatraca ona swojego największego atutu - linii pomocy, gdzie kreatywność środkowych pomocników łączy się z szybkością skrzydłowych, z czego mocno czerpie duet napastników Molina-Castro. Problemem jest obrona, która choć sprawia wrażenie solidnej, to jeden błąd uruchamia lawinę kolejnych, co pociąga za sobą utratę bramek i w efekcie porażkę w całym meczu. Wyjście z grupy LE będzie dla Betisu sukcesem, ale nie powinno być o niego aż tak bardzo trudno.

Każdy z hiszpańskich zespołów o coś walczy, schowa dumę do kieszeni i będzie starał się grać jak najlepiej. Wszystkie ekipy z La Liga powinny wyjść z grupy, ale mogą też przynieść swoim kibicom niemiłą niespodziankę. Ciekawe tylko, kto będzie na tyle odważny.

Anglia

Menedżer Tottenhamu, André Villas-Boas, przyjął odświeżające stanowisko w sprawie występów swojego zespołu w Lidze Europejskiej. - Szanuję te rozgrywki - powiedział ich triumfator wraz z Porto w 2011 roku na początku poprzedniego sezonu. - Z pewnością uważam, że są one widziane jako kara w Anglii i nie potrafię zrozumieć dlaczego. Dla nas, aby dojść do ostatecznego zwycięstwa w Lidze Mistrzów, musimy przywyknąć do gry w takich warunkach, zarówno fizycznie, jak i mentalnie - dodał. - Zawsze będę wystawiał najsilniejszą możliwą drużynę. W ubiegłym sezonie Tottenham zakończył swój udział w Lidze Europejskiej na ćwierćfinale i rozstrzygniętej po serii rzutów karnych zaciętej rywalizacji z Bazyleą. W tych rozgrywkach - po letnich wzmocnieniach - należy spodziewać się równie poważnego potraktowania przez Spurs gry w pucharze pocieszenia.

Podobnego nastawienia należy oczekiwać od Swansea, którego kibice szykują się na pełną przygód kampanię na europejskiej arenie i z entuzjazmem przyjęli informację, że za bilet na wyjazdowy mecz fazy grupowej przeciwko Valencii zapłacą równowartość zaledwie 7 funtów. Poszerzona kadra drużyny Michaela Laudrupa powinna pozwolić ekipie z Walii z powodzeniem pogodzić grę w LE z występami na poziomie Premier League. Odmienne będzie prawdopodobnie podejście drugiego z angielskich debiutantów na międzynarodowej scenie. W prowadzonym przez nowego menedżera, Owena Coyle’a, Wigan jasno dano do zrozumienia, że cel numer 1 na bieżący sezon stanowi powrót do ekstraklasy. Biorąc pod uwagę, iż może on kosztować wysiłek włożony w nawet 49 spotkań (a dochodzą jeszcze mecze w krajowych pucharach), bardzo możliwe, że The Latics będą występować w Lidze Europejskiej w eksperymentalnym składzie.

Niemcy

Bundesligowcy fatalnie zaczęli tegoroczną edycję Ligi Europy. Najwyżej rozstawiony zespół i największa marka spośród niemieckich reprezentantów w europejskim pucharze pocieszenia, VfB Stuttgart, Botewa Płowdiw zdołał jeszcze przepchnąć, ale już Chorwaci z Rijeki okazali się przeszkodą nie do przejścia. Na placu boju zostały więc tylko rewelacje poprzednich rozgrywek Bundesligi, Eintracht Frankfurt i SC Fryburg. Oba kluby częściej niż w europejskich pucharach grały w ostatnich latach na zapleczu niemieckiej ekstraklasy, ale ci pierwsi w odległej przeszłości sięgali już po Puchar UEFA. Zarówno Veh, jak i Streich, udział w Lidze Europy traktują jako przygodę, nadrzędnym celem pozostaje przyzwoita postawa w lidze (utrzymanie). Występ w Europie to jedynie bonus, choć oba zespoły mają chrapkę na przedłużenie europejskiego snu i wyjście z grupy, co z całą pewnością znajduje się w zasięgu obu drużyn. Zamiast rezerw będą więc silne składy, a zamiast obojętności walka, bo spełni się piłkarskie marzenie wielu zawodników, którzy nie tylko zasmakują futbolu w międzynarodowym wydaniu, ale będą też mogli pokazać się szerszej publiczności. Czy niemieckim kopciuszkom uda się pogodzić grę na trzech frontach? Zgodnie ze słowami Streicha, odpowiedź na to pytanie dopiero w maju 2014 roku.

Włochy

Liga Europy nigdy nie była traktowana poważnie na półwyspie Apenińskim. Włoskie kluby zwyczajnie odbębniały czwartkowe mecze, nierzadko w składach nie do końca podstawowych. To jednak ma się zmienić. W zeszłym sezonie znakomity turniej rozegrało Lazio, które odpadło w dość nieszczęśliwych okolicznościach dopiero w ćwierćfinale. I chociaż Vladimir Petkovic powtarza, że Liga Europy to dla Biancocelestich rozgrywki drugorzędne, ciężko nie oprzeć się wrażeniu, że Rzymianie w Europie zaskoczą. Grupę mają dość łatwą, a praktycznie każda drużyna z tegorocznych rozgrywek jest w zasięgu Lazio.

Na ranking na pewno pracował będzie Vincenzo Montella i jego Fiorentina. Żal z wydartego w ostatnich minutach zeszłego sezonu awansu do Ligi Mistrzów już minął, a do eliminacyjnego dwumeczu z Grasshoppers Fiołki podeszły bardzo poważnie. Wykluczając działanie sił trzecich, Fiorentina powinna bez problemu zająć pierwsze miejsce w grupie, demolując po drodze każdego z rywali. Oprócz rankingu, europejskie rozgrywki mogą mieć osobiste znaczenie dla Vincenzo Montelli. Trener wciąż pracuje na swoją markę, a że w przeszłości był już łączony z ławkami Romy czy Milanu, a nawet z posadą selekcjonera reprezentacji Włoch, jest wysoce prawdopodobne, że będzie chciał potwierdzić umiejętność rywalizacji na dwóch frontach, konieczną przecież w rozgrywkach klubowych absolutnie najwyższego poziomu.

Francja

Lyon i Bordeaux to zespoły wysoko rozstawione i doświadczone na europejskiej arenie. Co więcej, dobrze zaprezentowały się w rozgrywkach Ligi Europejskiej w poprzednim sezonie, po dobrej grze odpadając, odpowiednio: z Tottenhamem (1:2, 1:1) w 1/16 i Benfiką (0:1, 2:3) w ⅛ finału. Dla obu drużyn wyjście z grupy będzie stanowiło absolutne minimum, choć w Lyonie ze sporą dozą szacunku przyjęto wylosowanie - po odpadnięciu w eliminacjach Ligi Mistrzów z Realem Sociedad - dwóch kolejnych ekip z Półwyspu Iberyjskiego: Betisu i Vitorii Guimarães.

Wojciech Falenta
Bartosz Gazda
Marcin Olton
Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook