Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 20 kwietnia 2013

Kanonierzy szukają amunicji: scouting

fot. skysports.com
Dziura w płocie pokazana przez miejscowych dzieciaków - ten detal zaważył o transferze Denílsona do północnego Londynu. I choć Brazylijczyk w Arsenalu zawrotnej kariery, delikatnie mówiąc, nie zrobił, to determinacja Steve'a Rowley'a, wieloletniego szefa scoutingu w klubie, okazała się zbawienna po raz kolejny.

Dlaczego jednak Rowley w ogóle musiał szukać dziury w płocie? Powód był prosty. Denílson Pereira Neves, jakkolwiek by to nie brzmiało, był wówczas jednym z najbardziej obiecujących pomocników w brazylijskich klubach. Arsenal chciał zawodnika pozyskać, Sao Paulo FC nie zamierzało do tego dopuścić. I, najzwyczajniej w świecie, nie wpuściło Anglika na trening. Dalszą część historii już znacie: Rowley znalazł miejscowych dzieciaków, zapłacił im, oni wskazali mu dziurę w ogrodzeniu. Wszedł na trening i obejrzał młodego zawodnika. W 2006 roku był on już piłkarzem Arsenalu.

Była to jedna z wielu spektakularnych akcji scoutów Kanonierów. Ich siatka jest rozesłana po całym świecie. Obie Ameryki, cała Europa, współpraca z klubami azjatyckimi i afrykańskimi. Przez Arsenal w ciągu ostatnich lat przewinęli się piłkarze z niemal każdego zakątka świata - od Afryki (Emmanuel Eboué, Kolo Touré) przez Azjatę (Ryo Miyaichi, obecnie na wypożyczeniu w Wigan), piłkarzy obu Ameryk (Brazylijczyk Denílson, Meksykanin Carlos Vela, Argentyńczyk Damien Martinez). I niezliczone ilości Francuzów.

Zmiana koncepcji

Jednak w ostatnich latach idea drużyny wielokulturowej przestała się sprawdzać. Coraz mocniej klub stawia na Brytyjczyków - choć jeszcze niedawno liczba miejscowych zawodników była obiektem szyderstw. Wychowankowie Kieran Gibbs i Jack Wilshere, wraz ze sprowadzonymi Aaronem Ramseyem, Carlem Jenkinsonem, Theo Walcottem i Aleksem Oxlade-Chamberlainem stopniowo odwracają proporcje.

Pośrednio wpływ ma na to zmiana przepisów, wymuszająca więcej piłkarzy rodzimych i wychowanków klubowych w kadrach zespołów Premier League. Ale jest też inna, równie poważna przyczyna. Wygląda na to, że scouting w północnym Londynie nagle przestał działać.

Desperackie transfery Lukasa Podolskiego, Oliviera Girouda, Mikela Artety - żaden z nich nie przypominał typowej dla Kanonierów operacji. Wcześniej piłkarze przychodzili wcześniej, jak Francesc Fàbregas, Robin van Persie czy Emmanuel Adebayor. Do swojej roli dorastali na miejscu, czekali na swoją szansę, a gdy ją otrzymywali, wszyscy wiedzieli już, jak zagra dany zawodnik i czego można od niego oczekiwać.

Dziś żaden kibic Arsenalu tego nie wie. Wszystko wygląda na brak planu - w ostatnich latach budzącego spore kontrowersje, wątpliwości, także niżej podpisanego autora - ale jednak planu. Dziś piłkarzy kupuje się do składu natychmiast, czasem w ostatnich minutach okienka transferowego, w desperackiej próbie łatania dziur.

Efekt? Nagle po skrzydle biega dość surowy technicznie Lukas Podolski, a jedynym kandydatem do gry na szpicy jest chimeryczny Olivier Giroud. Obaj statystycznie się sprawdzają, ale żaden z nich nie gra ani w stylu, ani na poziomie tego Arsenalu, który czarował świat. Obaj są piłkarzami dobrymi, ale - właśnie - tylko dobrymi. Żaden z nich nie rozwinie się już bardziej, każdy jest w poważnym wieku. Obaj nie zostaną sprzedani z zyskiem. Nie chcę nazywać ich inwestycjami krótkoterminowymi - bo grać na wysokim poziomie mogą jeszcze parę lat - ale z pewnością klub już na nich specjalnie nie zarobi. Nie wspominając już o tym, że nie są to zawodnicy formatu, który zapewniłby upragnione trofea.

Strzały w płot

Anegdot z pracy Steve Rowley mógłby opowiadać sporo. Kiedy próbował nakłonić ojca Carlosa Veli do zgody na przenosiny syna do Anglii, spotkał się z nim w kolejce po hotdogi, które obaj uwielbiają. Dalsza część historii to nic specjalnego - Rowley kupił panu Veli ciepłego psa ciepłą bułkę z parówką, a ten zgodę na transfer podpisał. Wcześniej oponował.

Jak widać ciężko nie lubić Rowley'a. To doskonały scout, z dużym doświadczeniem i wspaniałym podejściem. Niedawno Anglika próbowała ponoć podkupić Chelsea - ten rzekomo odmówił. Chciał kontynuować swoje wyzwanie na północy Londynu. Tam, gdzie za wynik sportowy jest w dużej mierze odpowiedzialny właśnie on, bo to on dostarcza Wengerowi materiały z propozycjami transferów.

Problem w tym, że w ostatnich latach scouting w Arsenalu nie działa. Piłkarze często nie odnajdują się w Londynie (Denílson, Vela), spoczywają na laurach (Arszawin) bądź zwyczajnie grają bardzo słabo (Gervinho). Arsenal nie wydaje wielkich kwot na transfery - i właśnie z tego powodu winny one być jeszcze bardziej przemyślane niż gdzie indziej. Kiedy masz dwa złote w portfelu, bardziej przyglądasz się pięćdziesięciogroszówce niż kiedy masz stówę.

W Londynie ktoś przygląda się za słabo. Jeśli weźmiemy pod uwagę transfery Sebastiena Squillaciego, Park Chu-Younga, Andre Santosa, Gervinho i Andrija Arszawina, a następnie zsumujemy kwotę wydaną na tych piłkarzy, wynik pod kreską wyniesie aż 39 mln funtów. Jeśli dodamy kwoty, jakie ci piłkarze rzekomo zarabiają, wyjdzie nam, że do tej pory łączny koszt tych transakcji wyniósł ponad 70 milionów. A nie uwzględniliśmy przecież premii i pieniędzy, jacy ci piłkarze otrzymali za samo podpisanie kontraktu, wynagrodzenia ich agentów etc.

Pomyłki zdarzają się wszędzie, inne kluby porażki kosztują jeszcze więcej - ale to Arsenal bolą bardziej. Nie ma wątpliwości, że obniżenie poziomu piłkarzy sprowadzanych do klubu jest widoczne. Być może Rowley dalej znakomicie kupuje hotdogi przekonując rodziców młodych chłopców do związania przyszłości swych synów z deszczowym klimatem Wysp Brytyjskich. Rzecz w tym, że kiedyś takim chłopcem był Fabregas, a piłkarzami skuszonymi przez Arsenal - Vieira, Henry czy Nasri. Dziś takich złotych strzałów już scouci nie notują, poza Cazorlą ściągają piłkarzy dobrych, ale też dalekich od poziomu wybitnego.

Czy jest to wina scoutingu jako takiego, Wengera czy zarządu - nie mnie oceniać. Zwyczajnie nie wiem. Ale jeśli czegoś się nauczyłem od Steve'a Rowley'a, to tego, że zawsze jest jakieś wyjście. Jakaś przyczyna, jakaś droga do osiągnięcia celu, jakaś dziura w płocie. Ja tej dziury szukam i szukał w cyklu analiz różnych pionów Arsenalu będę - nawet jeśli czasem się okaże, że szukam tylko dziury w całym. Marcin Wierciński
comments powered by Disqus
facebook