Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 9 lipca 2013

Jestem na swoim miejscu. Futbol również

fot. Grażyna Makara/Tygodnik Powszechny
Co by było, gdyby Abramowicz zabrał swoje zabawki i dlaczego Anglicy przeżywają katusze na meczach własnej kadry? O problemach Premier League, krewetkach i publicystyce sportowej rozmawiamy z Michałem Okońskim, dziennikarzem "Tygodnika Powszechnego", autorem książki i bloga "Futbol jest okrutny".


Daniel Markiewicz: Lubi pan tzw. "atmosferę stadionową"? Sam muszę przyznać, że wolę być obserwatorem "telewizyjnym", oglądanie z wysokości trybun strasznie mnie męczy, przede wszystkim tym, o czym pan pisze w książce – wszechobecną wulgarnością i właściwie nieustannym obrażaniem bohaterów widowiska.

Michał Okoński: Wulgarność mnie męczy i jestem nieufny wobec wszelkich zbiorowych uniesień – to argumenty za telewizorem. Ale, mówiąc bardzo po prostu, z trybun lepiej widać: ustawienie poszczególnych formacji, ruch zawodników będących daleko od akcji, szanse, które zostają zaprzepaszczone, bo ktoś będący akurat przy piłce nie zauważył lepiej ustawionego partnera... Kiedy rozmawiamy o czytaniu gry, o taktyce, o futbolu jako balecie synchronicznym czy – jak mawiał Johan Cruyff – choreografii, telewizor zawsze będzie narzędziem zbyt ubogim.
Argument przesądzający na jego rzecz jest jednak praktyczny: oglądam mecze Premier League, mieszkam w Krakowie. Tottenham i Arsenal nie grają, niestety, ani na Kałuży, ani na Reymonta.

Bardzo dużo w ostatnim czasie porównań futbolu angielskiego do niemieckiego – u naszych zachodnich sąsiadów Bundesliga to produkt dla mas; nie tylko tych przed telewizorem, ale też (a może: przede wszystkim?) dla tych na stadionie, podczas gdy w Anglii stadiony zostały opanowane przez „krewetkowców” – czy widzi pan jakiś sposób na to, by futbol angielski znowu zwrócił się ku swoim korzeniom, czy też postępującej „elitarności” Premier League nie da się już zatrzymać?

Anglia ciągle o tym dyskutuje, ba: mieliśmy niedawno manifestację kibiców drużyn ekstraklasy, zjednoczonych w proteście przeciwko kolejnym podwyżkom cen biletów, dokonywanych – przypomnijmy – w momencie, gdy Premier League podpisała rekordowo wysoki kontrakt telewizyjny. Przy okazji zabawnego skądinąd przebudzenia angielskich mediów, dokonanego dopiero w trakcie ostatniego sezonu Ligi Mistrzów, a polegającego, mówiąc najprościej, na odkryciu faktu, że w Niemczech istnieje jakaś liga piłkarska, na Wyspach zaczęto pisać o klubach zarządzanych w zgodzie z rachunkiem ekonomicznym, z ogromną bazą kibiców mających wpływ na to, co się dzieje w gabinetach prezesów, z tanimi biletami itd. Jeśli fan Kanonierów słyszy, że całoroczny karnet na Bayern kosztuje tyle, co półtora do dwóch biletów na Emirates, muszą go brać diabli – zwłaszcza że Bayern, w odróżnieniu od Arsenalu, trofea kolekcjonuje.
Sprawa jest delikatna: w Anglii kluby mają często jednego właściciela, a tamtejsza gospodarka rynkowa nie jest bynajmniej społeczna. Trudno się przysłowiowemu panu Abramowiczowi wcinać w jego własny biznes. Z drugiej strony już na poziomie średniego klubowego personelu, wśród kibiców i oczywiście w niektórych przytomniejszych mediach można wyczuć obawy, co się stanie, jeśli przysłowiowy pan Abramowicz postanowi zabrać swoje zabawki. W tej kwestii polecam lekturę tekstów i książek Davida Conna, piszącego ostatnio dla „Guardiana”. Ten orędownik przywrócenia futbolowi duszy jest, żeby było śmieszniej, kibicem Manchesteru City i w swojej ostatniej książce, przyznając się do łez po słynnym golu Aguero, dającym MC mistrzostwo przed rokiem, mówi że były to tyleż łzy szczęścia, co smutku za utraconym światem, w którym mógł uważać, że klub jest jego własnością. Napisany przez Conna i przywoływany przeze mnie w książce „Futbol jest okrutny”, „plan ratowania piłki”, zawiera m.in. postulat umieszczania w klubowych zarządach przedstawicieli klubów, sprawiedliwszy podział ligowych pieniędzy (także między drużyny z niższych klas i na rozwój sportu amatorskiego), pracę klubów i piłkarzy na rzecz społeczności lokalnych... Dodajmy powrót miejsc stojących na część trybun i będziemy daleko od, smacznych skądinąd, krewetek.

Czy jeśli futbol rzeczywiście ma zdolność samonaprawy, to wyrwie się kiedyś z kleszczy pieniędzy, agentów, praw transmisyjnych? Czy też ta samonaprawa to właśnie kierunek europejskiej Superligi i konsumpcjonizmu?

W tym, że piłka jest świetnym produktem i że jako produkt się nam ją sprzedaje, nie ma oczywiście nic złego. Jedyne, o co chodzi, to zdrowy rozsądek i niewydawanie więcej niż się zarabia. Niechby ten zdrowy rozsądek miał nawet postać Finansowego Fair Play...
A zdolność futbolu do samonaprawy polega przecież także na tym, że tytułu czy pucharu wciąż nie da się kupić – proszę sobie przypomnieć, jak długo wspomniany już Abramowicz musiał czekać na triumf w Lidze Mistrzów. Żeby było śmieszniej, Chelsea zwyciężyła na finiszu sezonu spisanego na straty i pod wodzą tymczasowego trenera.

Co Anglicy powinni zrobić, aby ich reprezentacja faktycznie była w stanie rywalizować o najwyższe trofea? I czy na tamtejszej kadrze nie mści się popularność samej ligi?
To najłatwiejsze usprawiedliwienie. Spójrzmy na dobór ludzi, którzy pracują z tamtejszymi reprezentacjami: albo, jak Capello, są dla zawodników zbyt wymagający, zabijają atmosferę na zbyt długich zgrupowaniach itd., albo są taktycznymi mamutami, jak Roy Hodgson. Inna sprawa to niewątpliwie gorszy obecnie „materiał genetyczny” reprezentacji: Hodgson ma do dyspozycji słabszych piłkarzy od Capello, a najciekawszą ekipę zmarnował może Steve McClaren (bądźmy jednak sprawiedliwi – z wyjątkowo trudnymi rywalami w eliminacjach Euro 2008...). Tu, jak rozumiem, dochodzimy do pytania o ligę i kwestii promowania przez drużyny młodych zdolnych Anglików. Czy tracą swoje szanse na rzecz cudzoziemców, należy ich wesprzeć przy pomocy jakichś sztucznych limitów? Statystyki potwierdzają tę tezę: mamy jakieś 30 proc. Anglików w kadrach zespołów z Premier League, podczas gdy w Bundeslidze Niemców gra ponad 50 proc. Mam jednak wrażenie, że poważniejszym problemem jest przecenianie rzeczywistego potencjału angielskich gwiazdek. Co się pojawi jakiś Zaha, słyszymy zachwyty, jakby chodziło o Messiego, płaci się za niego ogromne pieniądze, inwestuje nadzieje, którym ten chłopiec nie jest w stanie sprostać.
Problem systemowy polega niewątpliwie na tym, że klubom bardziej opłaca się kupować zawodników, niż inwestować w ich rozwój. I na tym, że w niewielu miejscach pracuje się z młodzieżą tak, by komfortowo czuła się z piłką przy nodze (a najlepiej przy obu nogach – Anglikom ostatnio nieczęsto się to zdarza...). A że jest to możliwe także na Wyspach, udowodniła przecież w ostatnich latach Swansea, gdzie nawet na poziomie niższych lig okazało się, że tacy zawodnicy jak Leon Britton czy Joe Allen nie mają z tym najmniejszych problemów.
Co z tym zrobić? Otwierać głowy trenerom i piłkarzom w nowootwartym imponującym St. George’s Park, a przede wszystkim patrzeć na Hiszpanię i podpatrywać sposoby pracy z młodzieżą w tamtejszych klubach i reprezentacjach. I nastawić się, że zanim to podpatrywanie przyniesie efekty, minie pewnie ze 20 lat.

Przygląda się pan futbolowi od ponad ćwierćwiecza. Pomijając już kwestie pozaboiskowe - czy pana zdaniem futbol się rozwija? A może raczej: czy idzie w dobrą dla kibica stronę? Może to tylko przykład myślenia "drzewiej było lipiej", ale zaryzykowałbym tezę, że sama gra staje się coraz mniej otwarta - trudno dziś o zespół grający z dwójką napastników, mecze "od pola karnego do pola karnego" jakby rzadsze, a posiadanie piłki zaczęło być statystyką stawianą niemal na równi z tą bramkową.

Ja to uwielbiam, nie tylko dlatego, że często wraca do mnie zdanie Gianniego Brery, że mecz idealny powinien się zakończyć wynikiem 0:0. „Gole są przeceniane”, to inne zdanie, które wypadałoby w tym kontekście przywołać, wypowiedziane przez Jonathana Wilsona. Oczywiście w pewnym momencie padną i one, ale jeśli będziesz myślał tylko o nich, niczego w futbolu nie osiągniesz. Z fascynacją obserwowałem w ostatnich sezonach grę Barcelony i reprezentacji Hiszpanii, z lubością zaczytywałem się w tekstach prorokujących ewolucję taktyki w kierunku ustawienia 4-6-0, nie mogłem nie podziwiać faktu, że ta strzelająca niby mniej goli Hiszpania przestała przegrywać 1:0 mecze, w których atakowała niemal bez przerwy. Do czasu jednak: i w pogromie Barcelony w dwumeczu z Bayernem, i w klęsce Hiszpanów z Brazylijczykami podczas Pucharu Konfederacji, można widzieć oznaki rozwoju. Bayern przecież również jest przywiązany do posiadania piłki, również gra pressingiem, ale intensywność jego gry, przygotowanie fizyczne, siła i szybkość, osiągnęły wyżyny Katalończykom na razie niedostępne.
Może rzeczywiście dalszy rozwój tego sportu będzie polegał – jak mówił kiedyś Roberto Mancini – głównie na udoskonalaniu przygotowania fizycznego? Może nadchodzi czas takich zawodników, jak Gareth Bale: szybkich, silnych fizycznie, ponadprzeciętnie wytrzymałych i (wymienność pozycji) cholernie uniwersalnych? A może piłkarz nowej ery nie tyle będzie musiał jeszcze szybciej biegać, co jeszcze szybciej myśleć? Nie wiem, co przyniesie przyszłość, wiem jednak, jak brzmi ostatnie zdanie „Odwróconej piramidy” Wilsona: „Wielu głosiło koniec historii, i żaden z tych proroków nie miał racji”.

Zejdźmy na chwilę z murawy - właściwie dlaczego "Tygodnik Powszechny", a nie na przykład "Przegląd Sportowy"? Nigdy nie kusiło zostanie dziennikarzem sportowym nie tylko po godzinach?

Mógłbym odpowiedzieć, że wszystko przede mną, ale byłoby to nieszczere. Po pierwsze, wierzę w dziennikarstwo bezprzymiotnikowe. Ludzie piszący o piłce, których w tym fachu cenię najbardziej i chętnie podpatruję (w Polsce byłby to np. Rafał Stec, na Zachodzie choćby wspomniany Jonathan Wilson czy Simon Kuper), świetnie poradziliby sobie wydelegowani do innych zadań dziennikarskich. Nieprzypadkowo wszyscy oni mają już na swoim koncie książki, nieprzypadkowo tez pewnie, jak przyszedłem na praktykę do „Tygodnika”, jeden z moich ówczesnych opiekunów, Adam Szostkiewicz, patrząc na mnie zza swoich okularów powiedział: „Bo my tutaj jesteśmy dziennikarzami, którzy czytają książki”.
Po drugie, jestem na swoim miejscu. Pamiętam, jak w 1991 r. przyjmował mnie do pracy Krzysztof Kozłowski, przy życzliwym wsparciu Jerzego Turowicza: kiedy było już po tej rozmowie, pomyślałem, że super – mam zaplanowane najbliższe 50 lat życia. Minęły 22 lata i nadal tak myślę, co może zresztą tłumaczy również moją chorobliwą sympatię do zawodników związanych przez całe życie z jednym klubem.
Po trzecie, najprostsze: piłka nożna nie jest całym światem. Jeśli chcecie się przekonać, że istnieje życie pozafutbolowe – kulturalne, religijne, społeczno-polityczne, ale w żadnym z tych wydań nie sekciarskie – czytajcie „Tygodnik Powszechny”...

Bardzo rzadko pisze pan o polskiej piłce. Jest jakaś konkretna przyczyna, np. brak zainteresowania czy niechęć do wytwarzania napięć między czytelnikami?

Raczej brak czasu. Wspomnieliśmy o „Tygodniku”, w którym jestem wicenaczelnym, szefem działu krajowego i redaktorem prowadzącym poszczególne numery, a i życie rodzinne staram się w tym wszystkim ocalić: głównie śledzę futbol angielski, trochę hiszpański i, od niedawna w gruncie rzeczy, niemiecki. Od polskiej piłki z pewnością znajdziecie lepszych, z lotu ptaka mogę tylko powiedzieć, że coraz częściej spotykam – także podczas spotkań autorskich – zaangażowanych w nią młodych ludzi, pracujących np. w szkółkach piłkarskich, dużo czytających, inwestujących we własny rozwój i ewidentnie niemających nic wspólnego z peerelowskim betonem. Jest nadzieja.

Zadam teraz podchwytliwe pytanie: kto wygrywa w starciu między tzw. profesjonalnymi dziennikarzami sportowymi a autorami udzielającymi się w polskiej blogosferze oraz wortalach niemających swych odpowiedników papierowych? Więcej czasu spędza pan na lekturze pierwszych czy drugich?

To w ogóle nie jest podchwytliwe pytanie, a odpowiedź wynika trochę z poprzednich: dziennikarz profesjonalny w mediach głównego nurtu nie ma możliwości zejść w opis drużyny, ligi, taktyki tak głęboko, jakby chciał i jak spec z „Krótkiej piłki” albo „Taktycznie” schodzi bez ograniczeń. Nie może też najczęściej pisać tekstów długich i niedoraźnych – chyba że po godzinach, na blogu. W przypadku świata anglojęzycznego owocem frustracji grupy znakomitych piór, ograniczanych albo objętością materiału, albo narzuconą tematyką, albo krótkim dedlajnem, jest założony przez Jonathana Wilsona kwartalnik „Blizzard”, dla mnie równie istotny punkt odniesienia co „Tygodnik Powszechny”. Jest wielkie pytanie, czy coś takiego miałoby szansę w Polsce, gdzie liczba czytelników, choćby z powodów językowych, wydaje się ograniczona. Mimo to mnie się podobny projekt marzy, także dlatego, że wymagałby połączenia sił z tych dwóch światów: profesjonalistów i, nazwijmy to w ten sposób, zapaleńców z blogosfery. Zaletą tych pierwszych jest niewątpliwie warsztat: kiedy rozmawiam z przyjaciółmi z „Gazety Wyborczej” np., często wspominamy naszych mistrzów, którzy siadali z nami przy komputerze, by cierpliwie uczyć nas pisania i redagowania, a w świecie okołofutbolowym – także trzymania dystansu do poszczególnych drużyn i piłkarzy, nawet pomimo nieuniknionych sympatii.
To mi się wydają dwa najpoważniejsze problemy powstających wciąż, i interesujących mnie niezmiernie „młodych” inicjatyw: sztuka pisania i redagowania oraz niepopadanie w nadmierną plemienność. Kompetencja, wiedza zawstydzająca swoją szczegółowością „zawodowców”, a także szybkość reagowania, już tam są.
Aha, przepraszam, jest jeszcze jeden problem: finansowy. Tylko że nie wiem o nim zbyt wiele: sam nie żyję przecież z pisania o futbolu i zajmuję się nim głównie w ramach życia pozaredakcyjnego.

Na zakończenie chciałbym zapytać o Twittera, na którym często można pana spotkać w porach meczowych Tottenhamu. Takie plemienno-internetowe oglądanie zmienia odbiór meczu? Nie spytam, czy nie odbiera to widowisku części atmosfery, bo chyba przy okazji realizuje właśnie wspomnianej już plemienności.

Plemienności albo wiedzy. „Krótka piłka” na Twitterze pozwala rozładować własne emocje i poznać cudze, ale przede wszystkim jest najszybszym źródłem informacji – z innych boisk, z konferencji prasowych trenerów, z szatni ze składami sprzed meczu, z napakowanych statystykami komputerów Opty. Co poniektóre grepsy koleżanek i kolegów – oczywiście bezcenne, literatura na 145 znaków.

Daniel Markiewicz
comments powered by Disqus
facebook