Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 12 lutego 2014

Jese: nowy gatunek

fot. marca.com
Niesamowicie szybko płynie czas. Zdawałoby się, że ledwie chwilę temu zachwycaliśmy się debiutem i rozwojem Cristiano Ronaldo, a już w futbolu pojawiają się zawodnicy zdeterminowani, by swoją karierę i piłkarską charakterystykę kształtować tak samo jak Portugalczyk.

Jese miał 16 lat, gdy pojawiły się pierwsze artykuły na temat jego wielkich możliwości. Miał 17, gdy Aitor Karanka, drugi trener Realu Madryt, przekonywał świat, że młody Hiszpan jest najwybitniejszym przedstawicielem swojego pokolenia. W wieku 18 lat Rodriguez był podstawowym graczem Castilli, w wieku 19 bił rekordy ustanowione przez legendarnego Sępa Butragueno.

W wieku 20 lat stał się gwiazdą.

No bo jak inaczej nazwać można dzieciaka, który praktycznie w każdym meczu w wyjściowym składzie najbardziej wymagającej drużyny futbolowego świata strzela gole? Trudno jest uchwycić tę ledwo zauważalną granicę oddzielającą młody talent od gracza ukształtowanego, ale każdy kolejny występ Jesego tylko wzmacnia przekonanie, że Hiszpan stał się kimś więcej niż tylko chłopakiem z dużym potencjałem. Gdybyśmy wzięli pod uwagę ostatnie dwa miesiące, to Kanaryjczyka trzeba by uznać najlepszym czysto ofensywnym graczem Realu Madryt i najważniejszym obok Luki Modricia i Angela Di Marii członkiem zespołu. Gdy skończy się zawieszenie Cristiano Ronaldo, a Gareth Bale w pełni odzyska sprawność meczową, Carlo Ancelotti będzie przeżywał jedne z najtrudniejszych chwil w życiu, będzie rwał włosy z głowy, będzie płakał, może nawet straci apetyt na ulubioną parmeńską szynkę. Trzy miejsca w ataku, czterech graczy nie do ruszenia. Cristiano Ronaldo, rzecz jasna, ma pewne miejsce, nie tylko ze względu na swoje zarobki i status w drużynie, ale przede wszystkim dlatego że nawet gdy gra źle, to rywale się go tak panicznie boją, że zapominają o całym świecie, starając się go podwoić lub potroić (co było jednym z decydujących czynników podczas niedawnego meczu z Atleti). Karim Benzema daje formacji ofensywnej niezbędną równowagę – dzięki swojemu zmysłowi taktycznemu wie, kiedy się cofnąć, żeby zrobić miejsce dla szarżujących skrzydłami bombardierów. Bale, mimo że ciągle nie pokazał pełni możliwości, aż kipi potencjałem i umiejętnościami, co znajduje odzwierciedlenie w nadzwyczaj dobrych statystykach. A Jese jest nowym gatunkiem. Gdyby Real Madryt zatrudnił grupę szalonych lekarzy i genetyków, gdyby zapewnił ich, że za nic mogą mieć wszelkie etyczne wątpliwości związane z eugeniką, i gdyby poprosił o wyhodowanie atakującego nowej generacji, to efektem końcowym byłby Jese.

Hiszpan jest jak Benzema, tylko że bez paraliżującego nieraz deficytu pewności siebie. Jest jak Cristiano, tylko że bez napadów frustracji. Jest jak Bale, tylko bez podłego nawyku starania się za mocno. Jest szybszy niż najlepsi boczni obrońcy ligi, sprytniejsi niż najbardziej cwani stoperzy, tak nieprzewidywalny, że zdolny do zaskoczenia słynących z szaleństwa bramkarzy. Nieważne, czy gra kwadrans, czy 90 minut, zawsze potrafi odcisnąć swoje piętno. Hiszpan nigdy nie ukrywał, że jego wzorem jest Cristiano Ronaldo, ale nieprawdą jest to, co twierdzą niektórzy eksperci. Jese nie kopiuje Portugalczyka. Jese ze swojego starszego kolegi bierze to, co dobre, pomija nawyki destrukcyjne i odpuszcza te rzeczy, których i tak nie byłby w stanie osiągnąć. Kanaryjczyk nigdy nie będzie chociaż w połowie tak dobrze grał głową jak Cristiano, nie będzie tak jak on silny. Wielogodzinne treningu rzutów wolnych też nie mają sensu, skoro w najlepszym wypadku Hiszpan byłby wykonawcą numer pięć.

Jese jest pierwszym i być może najwybitniejszym przedstawicielem pokolenia, które właśnie wchodzi do wielkiej piłki, pokolenia chłopców, którzy futbol na poważnie zaczęli rozumieć akurat wtedy, gdy Cristiano Ronaldo z zawziętością karczował sobie drogę na szczyt świata. Ta generacja będzie bardziej niż roczniki starsze dostrzegała wagę kondycji i przygotowania siłowego. Będzie strzelała częściej, odważniej i mocniej, będzie zapamiętale szarżowała skrzydłami, będzie zbiegała do środka, będzie atakowała z głębi pola. A Jese zawsze będzie miał nad młodszymi kolegami przewagę. Oni będą naśladowcami – on jest uczniem.

Madryt zupełnie odzwyczaił się od posiadania w swoich szeregach wychowanków tak dobrych i tak przygotowanych do grania pierwszych skrzypiec w najważniejszych nawet meczach. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce kilkanaście lat temu, gdy pojawił się Iker Casillas. Od tego czasu na Santiago Bernabeu zmieniło się wszystko. Przewijali się absolwenci akademii na niezłym poziomie, ale żaden z nich nie był tak dobry jak Jese. Kanaryjczykowi nie brakuje ani umiejętności, ani odpowiedniego nastawienia, ani pracowitości, ani wiary w siebie. Jego sukces (który w tym momencie wydaje się nieunikniony) może być impulsem, jakiego madrycka cantera potrzebowała od wielu, wielu lat. Młodzi adepci futbolu wreszcie będą mieli wzór. Sytuacja, gdy najlepszym wyznacznikiem futbolowego potencjału La Fabriki był Juan Mata, który nigdy w pierwszej drużynie nie zagrał, była – nie bójmy się tego słowa – chora.

Żeby zamknąć część pełniącą funkcję przysłowiowej beczki miodu, czas na sporą łyżkę równie przysłowiowego dziegciu. Jese ma problemy, ostatnio dają o sobie znać rzadziej niż kiedyś, ale ciągle się pojawiają. Hiszpan jest zbyt pewny siebie, zbyt przekonany o swoim talencie. Bywa butny. Podczas gry w drużynach juniorskich często wylatywał z boiska przez agresywne zachowanie, obrażanie rywali i sędziów, a w Castilli zdarzyło mu się nawet przeciwnika, piłkarza Sportingu Gijon, po prostu opluć. Jese rok temu wplątał się w konflikt z Jose Mourinho, głośno mówił, że pierwszą drużynę powinien kiedyś przejąć szkoleniowiec ekipy rezerw, a na koniec przyznał, że jeśli Portugalczyk zostanie w Madrycie, to on sam stolicę opuści. Do tego dochodzą niedawne twitterowe wpisy na temat istotności posiadania prawdziwego talentu, a także medialne zapewniania Kanaryjczyka o tym, że ten ma zamiar zdobyć Złotą Piłkę w ciągu najbliższych czterech sezonów. Jese musi dorosnąć.

Zdaje sobie z tego sprawę Carlo Ancelotti. Dlatego też na każdej konferencji prasowej (pytania o młodego Hiszpana ostatnio zalewają go z siłą wodospadu) mówi podobne rzeczy: wszyscy jesteśmy z niego zadowoleni, robi wszystko dobrze, gra dobrze, wszystko jest ok. Wszystkie wypowiedzi są mocno stonowane i utrzymane na takim samym stopniu optymizmu, jak te na temat Moraty, który gra słabiutko, i Illarramendiego, który gra ciut lepiej niż solidnie. Jese przyznał jakiś czas temu, że zdaje sobie sprawę, że u Carlo Ancelottiego pierwszym wyborem pozostają Ronaldo i Bale. Włoch z pewnością wie, z jak bardzo złożoną sprawą ma do czynienia. Jeśli Kanaryjczyk poczuje się niechciany, może zacząć stwarzać problemy, jeśli poczuje się zbyt pewnie, również może dojść do zamieszania. Nowy kontrakt, zagwarantowanie miejsca w drużynie, prawo wykonywania rzutów karnych… Kto wie, jak rozwinęłaby się sytuacja, gdyby nie doskonałe zachowanie Carletto.

Jese jest wyjątkowy, ale wyjątkowość jest ulotna. Żeby przekuć ją w coś namacalnego – w trofea, nagrody, może nawet Złotą Piłkę, którą w Madrycie wszyscy są tak opętani – trzeba nie tylko woli piłkarza, ale też pomocy. Pomocy ze strony trenerów, kolegów i otoczenia. Cristiano Ronaldo z butnego chłopca w pewnego siebie mężczyznę zmienił się stosunkowo niedawno. Jese musi zrobić to szybciej. Piotrek Dyga
comments powered by Disqus
facebook