Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 26 lutego 2014

Jakoś to będzie, Śląsku

foto: slasknet.com/Karol Korczyński
Gdy obecnie najbogatszy klub w lidze stara się faktycznie czerpać z zagranicznych wzorców i tworzyć profesjonalne struktury, reszta raczej powiela własne błędy, marnuje potencjał i podąża stereotypową ścieżką od kryzysu do kryzysu. Sukcesy wynikają z przypadku, krótkich momentów stabilizacji po których należy oczywiście gasić pożar.

Patrzmy na Śląsk Wrocław. Oto klub, który w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zwolnił dyrektora sportowego, oddał pełnię odpowiedzialności za transfery w ręce szkoleniowca pierwszej drużyny, przechodząc w tym czasie poważne zmiany własnościowe. Można wprost stwierdzić, że poza Levym, jego asystentami i kilkoma skautami nie było przy Oporowskiej osoby, której wiedza o futbolu wyrastałaby ponad powszechny obraz piłkarskiego działacza. Stąd m.in. konsultacje nowego prezesa z ludźmi o tej właśnie wiedzy eksperckiej - w przypadku Tadeusza Pawłowskiego chodziło o szkolenie młodzieży, budowę akademii.

W tym czasie Śląsk nie próżnował - testował i oglądał piłkarzy, pracował nad transferami, napełniał kibiców nadzieją, że po przeciętnej jesieni wiosna "będzie nasza". Po pierwszej porażce po wznowieniu Ekstraklasy najlepszy strzelec skrytykował brak wzmocnień, więc w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin przed drugim spotkaniem dodano do składu kolejnych czterech zawodników. Po niepowodzeniu zwolniono trenera, który przecież te transfery wskazywał, aprobował i, koniec końców, miał wziąć za nie odpowiedzialność.

Stanislav Levy oczywiście nie może mieć wielu pretensji do włodarzy klubu, że postanowili się z nim rozstać w przypływie gniewu po beznadziejnym meczu z Ruchem Chorzów. Wystawianie tych najbardziej przeciętnych piłkarzy, kontrowersyjne rozwiązania personalne i taktyczne, fatalne przygotowanie fizyczne i regres formy większości zawodników to tylko dodatki do kiepskich wyników. Jeśli Śląsk Wrocław nie wygra z Cracovią, niedawni mistrzowie Polski będą czekali na ligowe trzy punkty ponad cztery miesiące.

Jednak nawet na pomeczowej konferencji, gdy Levy wyjątkowo mocniej uderzył we własnych piłkarzy, wypominając im błędy "prosto z okręgówki", czeski szkoleniowiec zapewniał również, że sprowadzeni właśnie zawodnicy pozwolą na zwiększenie rywalizacji w drużynie. Może nie panując nad tym co się dzieje w drużynie, ale będąc przekonanym, że zna lekarstwo na boiskowe bolączki Śląska. Gdyby jeszcze tylko doszedł ten certyfikat Flavio Paixao...

Przecież samo nagłe podpisanie czterech piłkarzy, których Levy wybrał, zatwierdził i zarekomendował świadczyło o istnieniu wspólnego planu działania ku lepszej przyszłości. Jeszcze w styczniu prezydent miasta twierdził, że dopiero w przyszłym sezonie na Śląsku będzie ciążyć presja powrotu do walki o najwyższe lokaty w Ekstraklasie. Oczywiście porażką z Ruchem - bardziej jej stylem niż wynikiem - Stanislav Levy dorzucił do pożaru jaki zajmował coraz większą część klubu. Jednak włodarze klubu, zwalniając go ledwie cztery godziny po meczu zachowali się jakby chcieli gasić go podpałką do grilla.

Jeszcze wyraźniejszym sygnałem o amatorszczyźnie jaką sygnowano działania klubu w ciągu ostatniej doby będzie zatrudnienie nowego szkoleniowca. Gdy Levy zastępował Oresta Lenczyka przynajmniej postawiono na jakiekolwiek rozmowy, rozważono kilka kandydatur, była osoba odpowiedzialna za ten lepszy czy gorszy proces rekrutacji (był nią Krzysztof Paluszek, ostatni dyrektor sportowy), a jeszcze w międzyczasie asystent Paweł Barylski musiał sam poprowadzić Śląsk w meczu ligowym. Teraz będą to może dwa treningi zanim Tadeusz Pawłowski zjawi się we Wrocławiu, po tym jak niedzielnego wieczora bez większego zastanowienia zadzwoniono pod jego numer telefonu. Był na "szybkim wybieraniu", bo dopiero niedawno dyskutowano o jego roli opiekuna wciąż kształtowanej akademii klubu.

Jak więc porównać to z długimi rozmowami Legii z Henningiem Bergiem, który musiał przedstawić swoją filozofię pracy, gry i rozwoju drużyny? Zresztą o tym, że we Wrocławiu nad takimi "szczegółami" nawet się zastanawiano świadczy wywiad "Gazety Wrocławskiej" z Pawłowskim, który po uzgodnieniu jego roli mówi o trzymiesięcznym kontrakcie, gdy na stronie klubowej bije po oczach informacja, że tak naprawdę obowiązywać go będzie umowa półtoraroczna. Zresztą Pawłowski w tych kilku zdaniach zdążył nakreślić filozofię prowadzenia klubu wedle standardów sir Aleksa Fergusona czy Bayernu Monachium.

Można się spierać, że klub szybko zwalniając Levy'ego odciął się od filozofii "jakoś to będzie" - jednak każdy następny krok każe wręcz myśleć, że tak naprawdę tylko tym kierunkiem dalej podążył. Zatrudniając legendę Śląska bez dłuższej i porządnej dyskusji nad kłopotami i potrzebami pierwszej drużyny zarząd poddał się tej krótkowzrocznej taktyce. Jeśli nie wyjdzie to latem będzie go można "przenieść" na rolę dyrektora akademii, jeśli nie wyjdzie to jeszcze przed ostatnią fazą sezonu dokona się korekty po dokładniejszych badaniach trenerskiego rynku, jeśli będzie źle to zwali się na poprzednika.

Co można zmienić w cztery godziny oprócz trenera? Czy można wpłynąć na kształt zespołu, jego styl gry, wyniki? Nawet jeśli Śląskowi uda się odbić od dna do którego coraz dynamiczniej się zbliża, będzie to raczej efekt przypadku, a nie racjonalnego działania włodarzy klubu. Jednak przede wszystkim pokazuje to, że we Wrocławiu mylnie rozumiana jest istota zarządzania klubem - tu wszakże nie chodzi o "podejmowanie trudnych decyzji w krótkim czasie", ale tych właściwych, wytrzymując presję czasu i otoczenia. Tymczasem już po meczu jeden z nowych udziałowców klubu na gorąco udzielał wywiadu w którym dzielił się uwagą, jakoby było widać, że Levy'emu "nie chciało się już prowadzić Śląska".

Tymczasem we Wrocławiu powiązano piłkarskie komunały - cytaty z pierwszych wywiadów Pawłowskiego: "ciężka praca", "stawianie na młodzież", "najbliższy mecz najważniejszy", "czysta karta" - ze statusem byłego świetnego piłkarza, który jest związany z klubem. Biorąc pod uwagę ostatnie zadania nowego szkoleniowca (czyt. pracę z młodzieżą w Austrii) de facto jest to po prostu zgrabne obudowywanie frazesami jeszcze większego ryzyka, niż pozwolenie, by Stanislav Levy udowodnił, jak jego transfery faktycznie wpłynęły na grę zespołu.

Jakoś to będzie z tym Śląskiem. Może wreszcie koledzy będą równać poziomem do Marco Paixao, może jego brat dostanie pozwolenie na występowanie w Ekstraklasie, może młodzież "wypali", może doświadczeni piłkarze "wezmą na siebie ciężar gry". Tak, zamiast czerpać te najwłaściwsze wzorce czy standardy, maskowana jest nijakość decyzji. Z nich i tak nikt działacza nie rozliczy, bo ten zręcznie skryje potrzebę "głębszej analizy" za "presją czasu" i "potrzebą nagłych zmian". Jak w tym starym żarcie o robotniku na budowie, który w niewiarygodnym tempie zasuwa z taczką, a gdy brygadzista zwraca mu uwagę, że wciąż biega z pustą, ten tłumaczy: musi pracować tak szybko, że nawet nie ma czasu jej załadować... Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook