Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 7 września 2013

I po balu

Królewskiej gry zabrakło, ale na trybunach jeden król się znalazł. fot. Mikołaj Gogela
Każdy chciałby napisać laurkę dla reprezentacji Polski, ale czasy są takie, że częściej pisze się dla niej nekrologi. Z Czarnogórą miało być dobrze, momentami nawet było, ale wyszło tak jak zawsze u Waldemara Fornalika. I jest już po balu.

Fornalik wysyła powołania całkiem sensownie, trudno zarzucić mu poważniejsze błędy w selekcji, chociaż czasami śmieszy ta jego poprawność i reakcyjność. Kilku piłkarzy wypatrzył sobie sam, ale kilku zauważył dopiero, gdy zmienili klub na lepszy albo upomnieli się o nich dziennikarze. Ogólnie jednak Fornalik dobiera sobie zawodników całkiem sprawnie. Problem w tym, że z tych klocków wciąż nie potrafi stworzyć niczego kształtnego. Cały czas – trzymając się tej metafory – nie najgorszy zestaw jest porozrzucany na dywanie, budowa przebiega metodą prób i przede wszystkim błędów, raczej nie dając spójnych i ładnych efektów. Ciągle są w tym dziury, niektóre elementy do siebie nie pasują, całość budowli zaczyna się chwiać i w końcu z hukiem zawala.

Mamy więc tylko kadrę, zbiór piłkarzy, ale wciąż nie mamy porządnej reprezentacji. W słownictwie różnica jest delikatna, w treści i duchu – olbrzymia.

Mecz z Czarnogórą mógł to w jakimś stopniu zmienić. Fornalik wreszcie trochę odświeżył kadrę, postawił na piłkarzy będących na fali wznoszącej, nastawił drużynę bardziej ofensywnie. To było do niego niepodobne, ale było też raczej w jego wykonaniu aktem desperacji. Na odwagę zdobył się jednak zdecydowanie zbyt późno, dopiero w sytuacji, gdy znalazł się pod ścianą z nożem przystawionym do szyi i nie miał już innego ruchu. Nie wyszło, pary starczyło tylko na pierwszą połowę, ale przynajmniej podjął próbę we właściwym kierunku.

Wcześniej było z tym słabo. Fornalik popełnił grzech zaniechania. Biało-czerwoni wyglądali na drużynę zaściankową, grającą na alibi, a selekcjoner nie chciał podjąć większego ryzyka przy jej modelowaniu. Momentami można było mieć wrażenie, że nie chce się wychylać. Wybierał najprostsze rozwiązania i także przez nie ostatecznie przegrał. Było zbyt prymitywnie na wymagania stawiane przed jego kadrą, brakowało pomysłu na optymalne wykorzystanie zawodników i energii, by tchnąć w tę drużynę nowego ducha. Oczywiście, sytuacja była rozwojowa, kilku piłkarzy objawiło się dopiero w trakcie kadencji, ale już wcześniej można było próbować bardziej odważnych rozwiązań, dać reprezentacji nowy impuls. One też nie gwarantowały sukcesu, ale dawały na niego większe szanse. Fornalik wybrał stagnację. Mógł sparzyć się próbując, a sparzył się nie podejmując ryzyka od początku kadencji. Szkoda.



Eliminacje zostały przegrane w kiepskim stylu. Kadrze udało się wygrać tylko z Mołdawią i San Marino. O niepowodzeniu misji Fornalika zadecydowały spotkania Ukrainą i Mołdawią. Ten drugi był jednym z najsmutniejszych meczów kadry w ostatnich latach i dobrym podsumowaniem drogi, którą biało-czerwoni przebyli od awansu na Euro 2008. To był żałosny mecz o wszystko – przyszedł szybciej niż zwykle, rywalem był dużo słabszy niż poprzednio, ale i tak nie udało się wygrać.

Oczywiście będą jeszcze tacy, którzy znajdą delikatnie tlącą się iskierkę nadziei i wyliczą, że kadra Fornalika ma jeszcze szanse na awans na brazylijskie mistrzostwa świata. Szacowanie matematycznych szans różnych reprezentacji stało się kolejnym polskim sportem narodowym. Zawsze jest tak samo – kadra dostaje w łeb, gra słabo, nie widać szans na zmianę, a jednak liczy się na cud. Tworzy się te piętrowe scenariusze, obwarowane tysiącem warunków, z których połowa jest zupełnie nieprawdopodobna, a wszystko tylko po to, żeby stwierdzić, co widać na pierwszy rzut oka – że nie jest dobrze i awans jest prawie niemożliwy. Zawsze wydawało mi się to trochę śmieszne połączenie niemocy piłkarzy z żałosnym zaklinaniem rzeczywistości.

Z moich obliczeń wynika, że awansujemy na mundial, jeśli z gry w eliminacjach wycofają się Anglia, Ukraina i Czarnogóra. Szanse na to – przyznajmy – nie są zbyt duże, ale kto chce, niech wierzy. Chociaż klasyk powiedziałby pewnie, że nie ma co trenować i wierzyć, trzeba dzwonić, ale nawet to może nie dać sukcesu.

Nie ma już co zawracać sobie głowy przegranymi eliminacjami, kolejną ostatnią szansą, przeliczaniem punktów i robieniem groźnych min. W ostatnich meczach trzeba zagrać na luzie, bez napinki, próbując jak najwięcej ugrać – i na boisku, i w perspektywie kolejnych lat. To banał, ale nic więcej się nie wymyśli i o nic więcej się nie zagra. Moment jest niesprzyjający. Zbliża się kolejne przesilenie. Fornalik może już zacząć wsteczne odliczanie - zostało mu jeszcze kilka meczów do końca kontraktu - i porządkowanie gabinetu, a piłkarzom czekanie na trenera, który będzie prowadził kadrę od nowego roku.

Może uda się przy okazji trochę poprawić ogólne wrażenie. Na razie ta drużyna kojarzy mi się ze zdjęciem, które niedawno pojawiło się na jednym z portali. Grupka kadrowiczów idzie do hotelu, każdy jest inaczej ubrany – Eugen Polanski chyba w ciążowej bluzce – każdy patrzy w swoją stroną i chyba łączą ich tylko posępne twarze. To oczywiście przypadek, moment zatrzymany w kadrze, ale jest w tej scence coś symbolicznego. Kadrę Fornalika lepiej ilustruje zdjęcie piłkarzy ciągnących te swoje wielkie walizki niż jakiekolwiek zrobione na boisku. Na ciągnięcie bagaży starczyło umiejętności, na ciągnięcie drużyny na mistrzostwa świata już nie.

To prawda, chcieliśmy drużyny jak z obrazka, ale – do cholery – nie z takiego. Bartosz Wlaźlak
comments powered by Disqus
facebook