Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 20 kwietnia 2013

Hiszpańska rewolucja na małym ekranie

fot. marca.com
"Chcemy tu mieć jak w Hiszpanii" - pomyśleli Anglicy, wyciągnęli portfele i kupili Matę, Cazorlę, Silvę i Michu. "Chcemy tu mieć jak w Anglii" - pomyśleli Hiszpanie, wyciągnęli portfele i okazało się, że są puste.

Nierówny podział zysków z praw telewizyjnych to, obok wrodzonej niegospodarności mieszkańców Półwyspu Iberyjskiego i wszechobecnego kryzysu, główna przyczyna dysproporcji, jakie obserwujemy od kilku lat w stawce drużyn La Liga. Beneficjentami obecnego systemu są i tak już potężne Real Madryt i FC Barcelona. Aktualne rozwiązania nie tylko doprowadziły do wykształcenia się tzw. duopolu madrycko-katalońskiego, ale wręcz legitymizują jego istnienie.

Dane finansowe wyraźnie obrazują zachodzące patologie. Real Madryt za kontrakty z podmiotami, za sprawą których La Liga trafia do naszych domów (w Hiszpanii i Portugalii kluby indywidualnie negocjują takie umowy - to wyjątek), zainkasował w sezonie 2011/2012 kwotę 140 milionów. Po drugiej stronie jest Granada CF. Do kasy należącego do Giampaolo Pozzo klubu z tego samego tytułu wpłynęło w tym czasie ledwie 12 milionów. Na boisku rożnice nie są aż tak widoczne. W ostatnim starciu obu tych ekip na Nuevos Los Carmenes, walecznym Andaluzyjczykom udało się nawet wydrzeć aktualnym mistrzom z rąk zwycięstwo.

Dość - mówi więc szef rozgrywek, Francisco Roca i zapowiada zmiany. Reforma ta, jak każda inna, polaryzuje środowisko bezpośrednio nią zainteresowane, a obu stronom powstałego sporu nie brakuje sensownych argumentów.

Obóz konserwatywny

Zwolennicy obecnego układu formułują swoje racje w prosty, ale dosadny sposób. To Barcelona i Real zapewniają rozgrywkom wysoką oglądalność, to te dwa kluby napędzają koniunkturę, więc korzyści jakie uzyskują dzięki obowiązującym rozwiązaniom stanowią jedynie ekwiwalent wykonywanej przez nich reklamy. Przeciętny widz ma w głębokim poważaniu codzienne perypetie Realu Valladolid, Espanyolu czy Levante, chyba że któraś z tych drużyn ma akurat zmierzyć się z jednym z hegemonów. Funkcjonujące regulacje są nawet nazywane sprawiedliwymi - generujesz popyt, masz prawo do czerpania korzyści z osiągniętego w ten sposób zysku. Bezwzględne zasady rynku.

Przeciwnicy zmian dorzucają kolejną cegiełkę. Blaugrana i Los Blancos to niemal dobra narodowe, instytucje, których siła oddziaływania wykracza daleko poza granice państwa. Pojedynek dwóch gigantów to fenomen marketingowy i sportowy. Wszak to jedyne w kraju kluby, które rok w rok są w stanie walczyć z powodzeniem w nabardziej elitarnych rozgrywkach w Europie, Lidze Mistrzów. Po co działać na ich szkodę i skazywać hiszpański futbol na lata chude? Wreszcie zauważyć trzeba, że jedni i drudzy stanowią fundament reprezentacji. Godząc w ich interes, działa się na szkodę bezbłędnie funkcjonującego organizmu, dowodzonego przez Vicente Del Bosque.

Obóz reformatorski

Replika ze strony oponentów środowisk opowiadających się za aktualnym systemem jest równie przejrzysta. To Duma Katalonii i Królewscy zapewniają hiszpańskiemu futbolowi dobrobyt? Znakomicie. Niech stworzą własne, elitarne rozgrywki, zrzeszające wyłącznie obie te potęgi i zobaczymy czy biznes dalej będzie się kręcił równie dobrze. Ale liga niech pozostanie ligą, tworem obejmującym 20 klubów, walczących o mistrzostwo na tych samych boiskach, w jednakowym 38-spotkaniowym systemie. Niech ta równość sięga głębiej i prowadzi do ujednolicenia podziału wpływów z praw telewizyjnych. Wszelkie dobra powinny trafiać najpierw do wspólnego koszyka, z którego będą następnie rozdzielane - wedle zasług, ale nie na mocy prawa dżungli.

Postulaty grupy żądającej zmian trafiają na dobry moment. Temporada 2012/2013 udowodniła, że najwyższa klasa rozgrywkowa w kraju Mistrzów Świata i Europy może być różnorodna, a walka w niej pasjonująca. Real Sociedad, Rayo Vallecano, Betis, Malaga to żywe dowody, na to, że można stworzyć ciekawy piłkarski projekt bez oszałamiającego kapitału. Wspomniane kluby budują stopniowo nową widownię, nie tylko wśród zagorzałych pasjonatów La Liga czy futbolowych "hipsterów", ale również wśród zwykłych miłośników piłki kopanej na dobrym poziome. Powstaje pytanie jak te piękne historie mogłyby się rozwinąć pod wpływem zastrzyku gotówki? Dlaczego by tego nie sprawdzić?

Jakie są szanse na powodzenie?

Francisco Roca przekonuje, że całkiem niezłe. Na przygotowane przez szefostwo La Liga zmiany przystało już 35 klubów. Najtrudniej do nowych rozwiązań przekonać będzie oczywiście najsilniejszych, ale i ci nie pozostają niewzruszeni i idą na skromne ustępstwa. Póki co, Real i Barcelona zdecydowały się ograniczyć swoje udziały w zyskach z 42% do 34%. To wciąż mało, ale Roca z optymizmem patrzy w przyszłość - To krok we właściwym kierunku - stwierdza - Kiedy uda się nam uzyskać całkowite porozumienie, reszta będzie formalnością. W ciągu trzech lat powinniśmy osiągnąć kompromis - przewiduje

A gra jest warta świeczki i nie toczy się jedynie o widza telewizyjnego. Reformatorzy wierzą, że bardziej atrakcyjna liga w dłuższej perspektywie przyciągnie także rzesze sympatyków futbolu na trybuny, zapełniając je do ostatniego miejsca, tak jak ma to miejsce w Niemczech i Anglii. Dopóki Premier League żeruje na Primera Division, wykorzystując swą ekonomiczną przewagę, sytuacja nie będzia zdrowa. Ale już proces konwergencji obu tych lig jest zjawiskiem pożądanym, ktore może posłużyć rozwijaniu zdrowej konkurencji i wzrostowi poziomu dyscypliny. A o to chyba chodzi wszystkim tym, dla których piłka nożna to coś więcej niż tylko sport. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook