Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 23 października 2013

Hiszpanie,
nie lekceważ kadry!

fot. marca.com
Futbolu reprezentacyjnego nie należy lekceważyć. Nie jest to przestroga dla gwiazdorskiego polskiego tria z Borussii Dortmund, a dla wybitnych w narodowych rozgrywkach Hiszpanów, w których lidze przerwa reprezentacyjna wywróciła wszystko do góry nogami. No, prawie wszystko.

Dziwnym dniem była już sobota. Na pierwszy ogień poszło spotkanie Realu Madryt z Málagą. Królewskim nie brakowało ostatnimi czasy problemów, a i wirus FIFA infekował chętniej drużynę z Concha Espina, aniżeli ich bezpośrednich rywali w walce o prymat w La Liga. Tymczasem na przekór tej przykrej tendencji podopieczni Ancelottiego spokojnie uporali się z pozbawionym większych rozterek (wyłączając brak Bartłomieja Pawłowskiego) rywalem. Nawet nie zauważyliśmy, kiedy Los Blancos uzyskali niespotykaną w poprzednich ligowych bataliach płynność akcji. Nie zauważyliśmy, bo Willy Caballero popsuł świetny materiał na manitę. Popsuł, ale za to nie przeprosił. Przeprosił za to Ronaldo. Taki to miły chłopak.

Także w sobotę po raz pierwszy problem ze strzeleniem gola miała Barcelona. I to po raz pierwszy od 64 spotkań. Nie pomógł Neymar, nie pomógł wchodzący z ławki Messi, nie pomogła nieśmiertelna zielona polówka Gerardo Martino - piłka wpaść do bramki nie chciała. El Sadar to zawsze był wymagający obiekt dla Katalończyków i tym razem nie było inaczej. Rok temu wygraną udało się wyrwać w ostatnich minutach. Dwa lata temu polegli 2:3. 3 lata temu spokojnie zgarnęli 3 punkty, ale... przez problemy z połączeniami kolejowymi nieomal spóźnili się na mecz, na który wybiegli wprost z autobusu, gdzie chwilę wcześniej przedmeczową mowę motywacyjną wygłaszał Pep Guardiola.

Osasuna przypomniała sobie co jest ich największym atutem i przekuła ten atut w sukces, choć można też po prostu napisać, że skutecznie zaparkowała autobus przed bramką Andrésa Fernándeza. Bramkarz drużyny z Pampeluny to zresztą też całkiem niezły fachowiec, więc mieliśmy do czynienia z klasycznym angielskim double-decker busem. Co ciekawe, prowadzący od niedawna Osasunę Javi Gracía swym poprzednim podopiecznym z Almerii wszczepiał raczej zamiłowanie do futbolu wybitnie ofensywnego. Jak widać charakter drużyny zdominował usposobienie szkoleniowca dość szybko.

Ale w Barcelonie nikt nie płacze. Nie ma na to czasu. Już dziś bowiem spotkanie w ramach Ligi Mistrzów z Milanem. Choć Mediolan jest dla Blaugrany równie gościnnym miejscem co Królestwo Nawarry to o wygraną powinno być łatwiej. Po pierwsze dlatego, że mecz poprowadzi niejaki Felix Brych, który w ten weekend udowodnił w Bundeslidze, że widzi gole, których nie ma. Po drugie dlatego, że Milan to przecież 100% cule



W dodatku w samolocie do Mediolanu leci z nimi pilot Puyol i w dodatku, przynajmniej na ten moment, ma kolana.

Zmagania w pierwszym dniu meczowym po przerwie reprezentacyjnej uzupełniały pojedynki ekip, które z rozgrywkami Primera Division rozstawały się w kiepskich humorach. Mowa o Realu Sociedad i Espanyolu. Oba te zespoły musiały zmierzyć się z nie lada wyzwaniem, bo na ich drodze stanęli dobrze dysponowani rywale - odpowiednio Valencia CF i Atlético Madryt. Po raz kolejny mogłem się przekonać, że moc sprawcza pismaka połączona ze złośliwością tego świata, lubującego się w działaniu nam na przekór mają wielką siłę. Obie pogrążone w małych kryzysach drużyny poradziły sobie z dotychczasowymi kłopotami i po dłuższej przerwie zainkasowały po komplecie punktów.

Baskom po prawdzie pomógł trochę arbiter Alejandro Hernández, który na początku spotkania, nie wiedzieć w zasadzie czemu, nie uznał bramki Jonasa. Niektórzy powiedzą, że to już tradycja. Inni przypiszą tę zbrodnię "sędziowskiej mafii", która rzekomo działa na niekorzyść Nietoperzy. Fakty są jednak takie, że Los Ches skompletowali właśnie hat-tricka porażek na własnym obiekcie z zespołem Txuri-urdin. Jeszcze trochę i będą na widok graczy La Realu uciekać. Taki Jonas, który rok temu w spotkaniu z tym rywalem został dla odmiany wyrzucony z boiska, przy następnej okazji zostanie zapewne w domu.

Chciałoby się powiedzieć, że Katalończycy zawdzięczają wygraną tylko sobie samym, ale... pominęlibyśmy wówczas zasługi belgijskiego wieżowca w bramce Los Colchoneros, Thibauta Courtoisa. Interwencja wypożyczonego z Chelsea portero daleka była od jego znaku firmowego, czyli tak wielbionego przez fanów thibautingu.



Dla gospodarzy wygrana nad wiceliderem była podwójnie ważna. Jedna sprawa to prestiż. Druga to fakt, że tryumf ten zbiegł się w czasie z odsłonięciem pomnika Daniego Jarque, tragicznie zmarłego w 2009 roku w czasie obozu przygotowawczego zawodnika Los Pericos, którego kibice na Cornellà-El Prat wspominają do dziś.



*

Naprawdę dziwnie było jednak w niedzielę. I to wcale nie dlatego, że w tym dniu górą byli goście. Nawet nie dlatego, że w dwóch przypadkach przyjezdni tryumfowali, mimo że kończyli spotkanie w "10". Wyjątkowość niedzielnych spotkań tkwiła w szczegółach.

Takim szczegółem było zjawiskowe uderzenie z rzutu wolnego w wykonaniu Álexa Gálveza, które załapało się nawet do naszego weekendowego podsumowania najładniejszych bramek z ligowych boisk.

Takim szczegółem był też trafiający do siatki z zadziwiającą pewnością siebie Manu del Moral. Wypożyczony z Sevilli zawodnik tym premierowym trafieniem w nowym klubie, wyrównał już swój zeszłoroczny dorobek bramkowy i strach pomyśleć co będzie dalej.




Bank anomalii mogła (i powinna) rozbić jednak Sevilla, odnosząc pierwsze od ponad roku zwycięstwo na wyjeździe w lidze. Takiemu scenariuszowi sprzyjała nie tylko magia liczb (tego dnia zwyciężali tylko goście) i niezbyt wymagający rywal w postaci Realu Valladolid, ale także pierwsze minuty spotkania. Już w drugiej minucie świetnie piłkę w polu karnym opanował Vitolo, zastawił się i odegrał do Carlosa Bacci, a król strzelców ligi belgijskiej bez problemu umieścił piłkę w siatce. Gdy pół godziny później potężną petardą zza pola karnego wynik podwyższył świeżo upieczony reprezentant Hiszpanii, Alberto Moreno w stolicy Andaluzji zaczęto mrozić szampany.

Miast jednak raczyć się trunkiem po przełamaniu niechlubnej passy, zawodnikom Los Nervionenses alkohol może posłużyć znów jedynie jako lek na smutki. W ostatnich 10 minutach najpierw ze swych warunków fizycznych skorzystał Manucho wyskakując wysoko ponad pozostałych rywali i pakując piłkę do siatki. Chwilę później o techniczny majstersztyk pokusił się Patrick Ebert i było 2:2. W międzyczasie z 5 metrów w doskonałej okazji przestrzelił Kévin Gameiro, potęgując wrażenie, że Andaluzyjczycy poza domem przegrywają specjalnie.

*

W Galicji zmian było nieco mniej, tj. gra Celty zmianie nie uległa. Zmieniła się natomiast pogoda, która spłatała drużynom Luisa Enrique i Joaquína Caparrós nie lada psikusa. Warunki, w jakich rozgrywane było spotkanie, to nie była delikatna brytyjska mżawka, a oberwanie chmury, które przywodziło na myśl to, które nawiedziło Estadio Balaidos w ubiegłym sezonie w meczu z Realem w ramach Pucharu Króla. W strugach deszczu, w przerywanym spotkaniu lepiej sobie poradzili gości, poteiwerdzając, że nie ma to jak dać się ograć Realowi w końcówce - Elche na ten niefart zareagowało serią trzech zwycięstw, a tryumf Levante tylko potwierdza tę teorię.

Na San Mames Barria wydarzeniem nr 1 był fakt, że do siatki rywala wreszcie trafił, któryś z napastników Athletiku. Był to Aritz Aduriz, który tym samym być może wybił z głowy władzom klubu transfer powrotny Fernando Llorente. Trzeba mieć jednak na uwadze, że w następnych spotkaniach Aritz nie będzie mógł liczyć na podania Musacchio, który w ekwilibrystyczny sposób asystował przy jego trafieniu.




*

Na koniec coś z pogranicza social media i desperacji. Drugoligowy Real Saragossa na swych koszulkach zaczął reklamować swoje twitterowe konto. Ktoś powie, że w Aragonii wychodzą naprzeciw nowinkom, ale prawda jest taka, że każdy z fanów Los Blanquillos wolałby w tym miejscu oglądać logo sponsora, najlepiej takiego przy kasie.

Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook