Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 23 lipca 2013

Hiszpan w skórze Anglika

fot. skysports.com
Andy Carroll w wersji 2013/14 nosi nazwę Álvaro Negredo. Jordan Henderson to Luis Alberto, a James Milner to Jesús Navas. Ostrzeżenie dla brytyjskich klubów - panowie, Hiszpanie mocno drożeją.

Tego lata Anglię tylko do tej pory zasiliła paczka 12 Hiszpanów. Przybyszów z Półwyspu Iberyjskiego po zielonych trawach angielskich boisk biega już tylu, że gospodarze zaczęli ich traktować jak swoich. A najlepszym źródłem przejawów tej asymilacji jest rynek transferowy, gdzie cenami angielskich kopaczy zawsze rządziły jakieś nikomu nieznane zmienne, windujące ceny Brytyjczyków pod sam sufit. Skoro można dać za Andy'ego Carrola 37 milionów, to nagle okazuje się, że można i za Alvaro Negredo wyłożyć 28 milionów. Nie ulega wątpliwości, że obie kwoty są mocno zawyżone i możemy jedynie zgadywać, która bardziej.

Hiszpańskie summer sale

Wcześniej takich rozterek nie było. Ba, relacje między klubami La Liga i English Premier League w zakresie sprzedaży zawodników nadawały się do podciągnięcia pod instytucje wyzysku. Anglicy wykorzystując przymusowe położenie zadłużonych po uszy hiszpańskich kontrahentów zgarniali dobry towar za grosze. Najlepszym przykładem była historia Miguela Péreza Cuesty czyli po prostu Michu, którego Swansea wykupiła za ledwie 2 miliony. Zawodnik mimo udanej temporady 2011/2012 w barwach Rayo, nawet w ojczyźnie był zawodnikiem mocno anonimowym, a o jego podpis nie walczyły zażarcie drużyny zaplecza czołówki La Liga, zapewne z uwagi na nieco toporny jak na hiszpańskie warunki styl gry byłego zawodnika Vallecanos. Wśród potencjalnych objawień nie widzieli go także Brytyjczycy. Kilka miesięcy później uchodził już za gwiazdę ligi.

Nie mniej opłacalne dla klubów z Albionu były transakcje zawodników "z nazwiskiem". Choć Mata czy Cazorla (skądinąd futbolowego rzemiosła uczeni tam, gdzie Michu) nie przenosili się do Premiership za drobne jak wspomniany wcześniej wychowanek Realu Oviedo, to koszty ich sprowadzenia w stosunku do odniesionych w późniejszym okresie korzyści można poczytać za zniżkę.

W przypadku Santiago Kanonierzy wykorzystali moment destabilizacji finansowej Málagi i zyskali tym samym zawodnika, który wreszcie w miarę udanie zapełnił lukę po Cescu Fàbregasie, jeśli chodzi o ofensywne poczynania Kanonierów. Sprowadzony wcześniej naprędce Mikel Arteta grał zdecydowanie za głęboko by móc sprostać tym wymaganiom.

Cena byłego zawodnika Valencii wydaje się bardziej akuratna, ale warto wziąć pod uwagę, że w tym samym czasie FC Barcelona sprowadziła Alexisa Sancheza według niektórych wersji za łączną kwotę ponad 40 milionów euro, uznając przy tym, że Chilijczyk to bardziej obiecujący zawodnik aniżeli ktoś, który miał za sobą grę w młodzieżowych drużynach Realu Madryt. Ta decyzja zarówno ze sportowego jak i ekonomicznego punktu widzenia odbija się do dziś działaczom Blaugrany czkawką.

Łabędzie wciąż szukają okazji

12 miesięcy później na takie okazyjne ceny natrafić już coraz ciężej. Swą politykę sprowadzania tanich Hiszpanów z powodzeniem kontynuuje już w zasadzie tylko walijskie Swansea, a i oni natrafiają coraz częściej na komplikacje i bardziej roszczeniową postawę z drugiej strony negocjacyjnego stolika. Cañasa udało się wyrwać z Betisu za darmo, ale obdarzony bujną czupryną Hiszpan na tle swoich rodaków jest rzemieślnikiem - zdecydowanie bliżej mu do boiskowego pracusia niż do wirtuoza pokroju Davida Silvy i ciężko oczekiwać od niego, że szturmem podbije angielską ekstraklasę. Na pozyskanego z Espanyolu Jordiego Amata Łabędzie jak na swoje warunki musiały się nieźle wykosztować. 2,5 miliona euro za chłopaka, który ma co prawda papiery na granie, kilka występów w kadrze La Rojity, ale w dorosłym futbolu jego gra nacechowana jest chimerycznością, czego doskonałym przykładem jest chociażby mecz z Valladolid, w którym Katalończyk najpierw wpakował piłkę do własnej bramki, by niespełna minutę później zaskoczyć Daniego Hernandeza strzałem niemal z połowy boiska.



Młody środkowy defensor trafia do reprezentującej Premier League ekipy via Rayo Vallecano, a więc z miejsca, z którego na podbój Wysp wyruszył także Michu. I mimo defensywnego usposobienia (co wiąże się zwyczajowo z niższą ceną) wędruje na Liberty Stadium za kwotę o pół miliona wyższą niż w przypadku rewelacji poprzednich rozgrywek. Z punktu widzenia hiszpańskiego interesu postęp widać gołym okiem. Jedyną szansą na hit okienka przy uwzględnieniu proporcji cena/jakość jest Alejandro Pozuelo. Chłopak któremu w Betisie przypięto łatkę "utalentowanego", czego jednak nie dano mu jednocześnie odczuć na własnej skórze, rzadko dając mu okazję do gry w pierwszej drużynie.

Tam, gdzie pieniądze nie grają roli

To nie Walia jest jednak centrum fascynacji hiszpańskim futbolem podczas bieżącego okienka transferowego, a Manchester i Liverpool.

Pod przykrywką dyrektorowania w Manchesterze City akcję rewitalizacji hiszpańskiej gospodarki zdaje się prowadzić Txiki Begiristain. Baskijski działacz, bardziej z własnej woli niż na wyraźne życzenie Manuela Pellegriniego, właśnie wydał pół bańki na duet Negredo-Navas. 50 milionów za dwójkę, która nie zdołała nawet zapewnić Sevilli Ligi Europejskiej. Udział w tych rozgrywkach Sevillistas zawdzięczają wszak decydentom UEFA (może to ich wypadałoby więc podkupić?). Co bardziej dociekliwi zauważą, że taki już klub z Etihad obrał sobie styl i przywołają przykład Fernandinho, który trafił do Manchesteru za 40 milionów euro. Zgadza się, ale on przynajmniej w ostatnich sezonach miał okazję pokazać się w Europie. Reprezentanci Hiszpanii może ciągnęli zespół Los Nervionenses, ale w porównaniu do lat wcześniejszych, ciągnęli raczej w dół. Patrząc na sporą aktywność Sevilli na rynku transferowym można dojść do wniosku, że największy pożytek klub uzyska dopiero z ich sprzedaży.

W mieście Beatlesów hiszpański kierunek obrał Brendan Rodgers. Jeszcze w ubiegłym sezonie Irlandczyk z zadziwiającą odwagą stawiał na nieopierzonego Suso. Specyfika gry młodziana z Kadyksu dobrze korespondowała z wizją futbolu trenera, którą ten wyraźnie zaprezentował jeszcze za czasów dowodzenia Swansea, a która opierała się na intensywnym flircie z iberyjskim pomysłem na grę w piłkę. Rodgers uznał jednak, że dla skrzydłowego hiszpańskiej kadry u-20 to jeszcze za wcześnie i wysłał go na korepetycje do ojczyzny, do beniaminka z Almerii.

Ale liczba Hiszpanów musiała się zgadzać, a jeśli miała się zmienić to tylko in plus. Dlatego na Anfield zawitała dwójka nowych przybyszów z kraju mistrzów Europy, Iago Aspas i Luis Alberto. Rodgers w poszukiwaniach działał jak jego poprzedni klub - metodycznie. Niekoniecznie interesowało go penetrowanie kadr wyżej sytuowanych drużyn, które jednocześnie potrzebują desperacko gotówki, takich jak Valencia, Atlético czy Málaga. W swych poszukiwaniach sięgnął głębiej, wyciągając gracza z outsidera ligi oraz z Segunda. Ale z cenami było już różnie.

Iago Aspas to świetny punkt odniesienia do wcześniej wspomnianego Michu. Może właśnie dlatego kibice The Reds oczekują od niego równie udanego debiutu. Na pierwszy rzut oka zawodników tych różni sporo; Michu to kawał chłopa, podczas gdy Aspas to zawodnik filigranowy. Mimo tego, to właśnie Aspas jest typową "9", choć 8 asyst zanotowanych w ubiegłym sezonie (w tym ta kluczowa z Espanyolem, która została zamieniona przez Natxo Insę na gola na wagę awansu) sugeruje, że nie jest to typ boiskowego egoisty. Michu do Anglii przychodził jako bramkostrzelny ofensywny pomocnik. Laudrup jednak szybko pojął, że nie ma co oszukiwać natury i w drugiej części sezonu ustawiał postawnego Hiszpana na szpicy. Co więc łączy tę dwójkę? Okoliczności w jakich zmieniali kluby. Zarówno były zawodnik Rayo, jak i ex-snajper Celty uratowali swoje drużyny przed spadkiem rzutem na taśmę. Jednak nie przełożyło się to na ich wartość. Michu do drużyny Łabędzi przybył za drobne, karta zawodnicza Aspasa kosztowała klub z Liverpoolu odczuwalne dla budżetu 9,5 miliona euro. Także tutaj negocjacyjny progres i nowe standardy rynku są widoczne.

Kto wie czy nie bardziej szokującym ruchem jest jednak zakontraktowanie Luisa Alberto. By mieć u siebie wszechstronnego atakującego The Reds uszczuplili swoją kasę o 8,5 miliona euro. A mowa tu o piłkarzu, który ledwie powąchał pierwszoligowych boisk, notując na nich 200 minut gry. Ogół jego dotychczasowego doświadczenia to występy w rezerwach Sevilli i Barcelony, gdzie imponował jednak dojrzałością, efektywnością. Właśnie na te cechy liczą jego nowi właściciele i niewykluczone, że Blaugrana wkrótce będzie pluła sobie w brodę za to, że nie wykosztowała się na wykupienie Andaluzyjczyka, mimo że w wyścigu o jego podpis stała na uprzywilejowanej pozycji, tak jak nie może przeżyć odpuszczenia sobie wcześniej wspomnianego Maty.

Pieniądze, czyli broń obosieczna

Obok rewolucji w sferze medialnej, planu redukcji zadłużeń publicznych i rozsądnej polityki kupowania zawodników, korzystna sprzedaż wartościowych graczy wyrasta na czwarty filar, który ma umożliwić poprawę wizerunku La Liga i, paradoksalnie, zwiększyć w dłuższej perspektywie jej konkurencyjności. Tym bardziej, że coraz częściej, niekoniecznie za rozsądną kwotę, wzmocnień w La Liga szukają drużyny z innych państw by podać tylko przykład Napoli, które za 21 milionów sprowadziło dwóch absolutnie zbędnych dla Realu Madryt zawodników (choć w tym akurat duża zasługa agenta Manuela Garcíi Quilóna, reprezentującego interesy Beníteza, Raula Albiola, Pepe Reiny i José Callejóna).

Angielskie kluby ochoczo finansując ten proceder w celu osiągnięcia własnych zysków mogą wkrótce złapać się w zastawioną przez siebie pułapkę. Ceny zawodników rosną, wkrótce rywale z Hiszpanii nie będą w ogóle skorzy do pozbywania się swoich gwiazd. A stąd już tylko krok do fali powrotów. Dziś porozumienie na linii Cazorla-Atletico to jeszcze plotka. Wkrótce tak może wyglądać rzeczywistość. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook