Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 1 lutego 2014

Futbol jako reality show?

foto: football365.com
Chociaż ostatni dzień okienka transferowego to relatywnie "młody" fenomen, jego dynamiczny rozwój w ostatnich latach każe zastanowić się nad tym, jak bardzo telewizja zawładnęła piłką nożną. Czy już powinniśmy traktować futbol jako reality show?

Było już wiele prób podjęcia tematu piłki nożnej na zasadzie telewizyjnego serialu. Zaczynano od kreskówki, ambitniejszym projektem było śledzenie pracy trenera, potem przyszła moda na szukanie wielkich talentów wzorem "X-Factor" pośród zgłaszających się na castingi chłopaków. Moda oczywiście trwa, najnowsza produkcja powstanie w Dubaju, a wybierać ma Diego Maradona. Z kolei Brendan Rodgers na potrzeby "Being: Liverpool" dał się nagrywać, jak beształ (inna wersja: motywował) młodzież na treningach. Nie zabrakło też wersji ekstremalnych, choć przyjemniejszych dla oka - obserwowania żon piłkarzy.

Jednak żaden z tych projektów czy pomysłów nie był wart dłuższej kontynuacji. To też odwieczny "problem" futbolu - nieumiejętność reżyserów (filmowych i telewizyjnych) w oddaniu tego, co tak łatwo przychodzi realizatorom i kamerzystom, gdy ci po prostu kręcą zwykły mecz.

Oczywiście futbol to znacznie więcej niż tylko dwudziestu dwóch piłkarzy kopiących piłkę na zielonym prostokącie. To fanatyczni kibice na trybunach, to wybuchy trenerów przy ławkach rezerwowych, to też sędzia, niezliczone konferencje prasowe, losowania europejskich pucharów czy międzynarodowych turniejów, otwarte treningi, wizyty w zakładach pracy...

Medialnie futbol potrafi więc zrobić show. Gorzej, gdy ktoś próbuje zrobić show z futbolu.

Jednak wynika to z nieustannych prób uchwycenia na kamerze sztucznych czy też wytworzonych graficznie przewrotek czy prostopadłych podań. Założenie jest błędne - o ile faktycznie nie zdarzy się to w meczu udziałem piłkarzy, nigdy nie uda się tego aktorom "zagrać". Tym bardziej należy uznać porażkę i stwierdzić, że przy robieniu reality show o piłce nie może być tam piłki.

Co więc ekscytuje kibiców? Co przyciągnie ich przed telewizory? Dokumenty o gwiazdach często nudzą powierzchownością, wyszukiwanie talentów zdaje się działać tylko, gdy pięknie śpiewają lub potrafią jeść miecze czy rysować piaskiem. Żony piłkarzy zbyt szybko schodziły z tematyką rozmów na kupowanie butów, a Brendan Rodgers poczuł się zbytnią gwiazdą. No i ile można oglądać Liverpoolu?

Co więc wywołuje dyskusje w pubach, co nakręca liczniki na forach, co sprawia, że piłkarski kibic jest w stanie spędzić cały dzień gapiąc się na gadające głowy i to bez jednego kopnięcia piłki?

Transfery, a konkretnie mówiąc: ostatni dzień okienka transferowego. Co roku jest to samo szaleństwo - angażowanie telefonów, faksów, e-maili, badań medycznych, plotek, podpisów, agentów, dziennikarzy i piłkarzy. Kibice też mają swój udział - w Anglii przychodzą pod stadiony pośpiewać wieczorem do kamery, pomachać rodzicom nad ramieniem reportera, oszaleć z radości po potwierdzeniu transferu.

Gdy Arsenal podpisał Mesuta Ozila w ostatni dzień letniego okienka transferowego, na ulicy obok The Emirates zapanował szał - fani tańczyli na samochodach, siedzieli na środku drogi, ściskali policjantów i robili sobie z nimi fotki. To była najczystsza forma radości, porównywalna z wygraniem pucharu (to nie żart z Arsenalu!), ważnego meczu - to, na swój pokręcony, nieznośnie współczesny i angażujący olbrzymie sumy pieniędzy sposób, był futbol.

Oczywiście możliwe byłoby to tylko w Anglii. Tam już tak szaleją, tam już z tego robią show. Stacja Sky Sports angażuje helikopter, ma ludzi rozstawionych po całym kraju, którzy marzną i liczą, że jeden czy drugi menedżer, wyjeżdżając z ośrodka treningowego, uchyli nie tylko szybę auta, ale też rąbka transferowej tajemnicy. Dzwonią po agentach, prowadzący studio Jim White odbiera telefony na wizji - ostatnio miał trzy komórki obok siebie - a ta masa doniesień przyprawia o zawroty głowy, mdłości i chęć spożywania niezdrowych ilości alkoholu.

Zresztą po co ja tłumaczę - kto choć raz nie dał się wciągnąć w ten wir wydarzeń legendarnego "Deadline Day" ten wiele traci.

Jednak transfery, teraz tak ważne w życiu kibiców, nie są dokonywane tylko i wyłącznie ostatniego dnia. Oczywiście to kumulacja desperacji prezesów i menedżerów, również wielu piłkarzy i agentów, którzy szukając różnych możliwości są gotowi posunąć się do najdziwniejszych praktyk. O rozmowie Petera Odemwingie z reporterem na parkingu przed budynkiem klubowym QPR wszyscy doskonale pamiętamy.

Stąd na potrzeby tego reality show potrzebne byłoby skrócenie okienka - jeśli nie do jednego dnia, to do trzech czterech oddzielnych dni w jednym miesiącu zimowym, gdy nie odbywałyby się mecze, a kluby mogłyby dokonywać transferów.

To nie jest tak tragiczny pomysł. Chociaż Arsene Wenger i Manuel Pellegrini wątpią w sensowność i sprawiedliwość zimowego kupowania, obaj chętnie na rynek tego miesiąca się udali - z jaką skutecznością to jeszcze zobaczymy. Jednak ich wołania nie są pozbawione sensu, nawet jeśli marzenia o całkowitym wykreśleniu okienka w środku sezonu pozostaną jedynie marzeniami. Zamiast całego miesiąca męczenia kibiców fałszywymi i tylko z rzadka prawdziwymi doniesieniami, ograniczyć to szaleństwo do dwudziestu czterech godzin?

Telewizja by na to poszła. Specjalny program, kibice zgromadzeni w studio, reporterzy pod stadionami, konferencje prasowe rozplanowane na "prime-time", jedna po drugiej, a w wersji kilkudniowej może nawet głosowania audiotele? Futurystyczna wizja byłaby jeszcze ostrzejsza - z najważniejszymi graczami przy jednym stole, przerzucającymi się kartami piłkarzy, wymieniającymi żetony, dzwoniącymi do prezesów czy banków o szybką pożyczkę. Jeśli nie wyłącznie dla widoku tak operującego Arsene Wengera, to i tak towar by się łatwo sprzedał.

A może coś na wzór Wielkiego Brata? Zamknięcie piłkarzy z wszystkich transferowych list w jednym budynku z tysiącem ukrytych kamery, które obserwowałyby ich ruchy i dyskusje, gdy na telewizorach oglądaliby tak grających nimi prezesów i trenerów? Albo, znów wracając do opcji audiotele, kibice sami decydowaliby, który zespół kogo wyciągałby z tego domu?

Opcji jest mnóstwo, z wątpliwościami nawet nie zaczynam. Zresztą czy to naprawdę jest takie niemożliwe? Powinniśmy się już dawno pogodzić z faktem, że telewizje dyktują nie tylko kto o jak absurdalnej porze gra (i kto o jak absurdalnej porze musi na ten mecz jechać, by drużynie kibicować), ale też transfery, ceny biletów i pozycję w tabeli. To my przez wykupowanie pakietów opłacamy i przyzwalamy na robienie z piłki show - w Stanach na stadionie w Portland po każdym golu gospodarzy za jedną z bramek drwal odcina kawałek rosłego drzewa. Sam proces jest pokazywany dłużej niż powtórki akcji...

Czy jest recepta na to szaleństwo, możliwość uniknięcia tak podle wyglądającej przyszłości, szansa ucieczki od skomercjalizowania piłki nożnej do tego stopnia, że wybicia autów bramkowych będą opóźniane, byle tylko reklamy mogły "pójść" w TV? Powiedzmy sobie szczerze - pozwalając na to, by telewizja zawładnęła aspektami pozaboiskowymi futbolu, poczuła, że włada tym sportem, ma swoje show i oddaje je widzom w pełni, trzymamy ją z dala od murawy.

Choć prędzej czy później i do tej futbolowej sfery sacrum na nowo się przyczepią. Jim White i jego przełożeni nie odpuszczą. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook