Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 12 września 2014

Frekwencja? Legia sobie winna

fot. goal.com
Na Łazienkowskiej od paru tygodni mają kolejny problem z kibicami. Choć tym razem bardziej z ich brakiem niż łamaniem przez nich prawa. Pustki na trybunach mogą przełożyć się na pustki w klubowej kasie. Dlaczego w Warszawie tak mało ludzi chce regularnie oglądać występy ostatnio dwukrotnego z rzędu mistrza Polski?

Nie pomogło nawet rozbicie w pył Celtiku Glasgow w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Parę dni po rewanżowym starciu w Szkocji, na spotkanie z Górnikiem Łęczna przyszło raptem 10 tysięcy widzów. Czyli 1/3 pojemności stadionu. I to już nie pierwszy raz w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Ktoś powie, że wakacje, inny że słaby rywal, jeszcze inny że drogie bilety. A ja powiem: to wszystko prawda. Ale też Legia niewiele wciąż robi by nie dopuścić do takich sytuacji. To aż nieprawdopodobne by w prawie dwumilionowym mieście, jakim jest stolica naszego kraju, nie dało się mniej więcej co dwa tygodnie zapełnić całkowicie trzydziestotysięcznego stadionu. Areny mistrza Polski. Drużyny, która według wszelkich uzasadnionych przewidywań w najbliższych latach może jeszcze bardziej odjechać reszcie ligowej stawki.

W jaki sposób Legia może przyciągać ludzi na swój stadion? Albo własną grą, albo piłkarzami, którymi dysponuje, albo rywalem, z którym się zmierzy. Ostatni warunek wydaje się u nas mało skuteczny. Znużonego warszawskiego kibica już coraz mniej podniecają starcia z Podbeskidziem, Koroną czy nawet Wisłą. Jeden Lech to za mało. A spotkań mamy dzięki reformie (nie należę do jej entuzjastów) tylko więcej, w dodatku są to mecze tak naprawdę o 1,5 pkt, skoro to wszystko potem dzielimy. Mocy przyciągającej nie ma. Jedynie występy w Europie mogą sprawiać, by frekwencja na Łazienkowskiej podskoczyła. Tylko ile takich spotkań w sezonie może się odbyć? W tym trzy w eliminacjach do LM i kilka w Lidze Europy? Na kilkadziesiąt rozgrywanych to wciąż mało.

Pozostaje więc albo grać niezwykle atrakcyjną piłkę, albo przyciągać kibiców na stadion nazwiskami. To pierwsze wydaje się o tyle trudne, że przeciętnego Kowalskiego (a raczej popularnie nazywanego u nas w wersji kibicowskiej – „Janusza”) mało interesują nowinki strategiczne, płynne rozgrywanie akcji czy zespołowość nawet w najlepszym wydaniu. On chce igrzysk. Chce pięknych goli, pięknych podań, esencji futbolu. I tu dochodzimy do sedna. Albowiem takiego stadionu jak ten w Warszawie chyba nie da się zapełnić w łatwiejszy sposób, niż za pomocą gwiazdy. Kogoś, kto i swoją grą, i marką przyciągnie ludzi.

Gwiazda, lider. Czy nazwiemy go Danielem Ljuboją, czy Javierem Saviolą czy Alessandro Del Piero - nieważne. Ważne, by tysiące kibiców chciało przyjść właśnie dla niego. Kupić koszulkę z jego nazwiskiem, rozmawiać o nim, zakładać profile na Facebooku specjalnie dla jego występów w Legii. Tak jak choćby to słynne „Ljuboję to”. Możemy się śmiać, ale takiego szału (także internetowego) żaden Kuciak, Radović czy inny Żyro się nie doczekał. I powiem więcej – raczej już nie ma na to szans (o czym za chwilę).

Wspomniałem o przyciąganiu na stadion typowych Januszy, niedzielnych kibiców, czy po prostu: ludzi, dla których piłka nie jest sprawą życia i śmierci. Tak, bo to o nich Legia powinna najbardziej zabiegać. Nie o tych, którzy i tak przyjdą na Żyletę, dla meczu czy oprawy. Nie - zagorzali kibice, czy ci którzy żyją Legią dzień po dniu, śledzą jej skład, wyniki, wszystkie wypowiedzi – oni przyjdą zawsze. Ale stadionu zwykle też nie zapełnią. Sztuką jest więc przyciągnąć tych, dla których mecz rozgrywany na Łazienkowskiej to tylko jedna z form rozrywek, którą mogą wybrać. Młoda para niezainteresowana zbytnio piłką może w sobotni jesienny wieczór zdecydować się na kino, teatr, klub muzyczny albo mecz. Wszędzie wyda porównywalnie. Coś musi ich skłonić do tego, by poszli na Legia–Korona, a nie do Mono czy Sketcha. Bo dziś piłka to biznes i rozrywka razem wzięte. Chcesz mieć pełny stadion? To przyciągnij jakoś ludzi i ich portfele. Samo powiedzenie, że „jesteśmy najlepsi w kraju, ludzie muszą przychodzić”, to jak widać tylko czcze życzenie włodarzy Legii.

I tu pojawia się clou sprawy. Wszystko rozchodzi się bowiem o obecną kadrą warszawskiego zespołu. Kadrą niezwykle wyrównaną i mocną, jak na polskie warunki. Co więcej, pierwszy raz od wielu lat mistrz Polski latem nie dokonał autodestrukcji. Nie rozprzedał się. Nie odeszli najważniejsi, jak Kuciak, Żyro, Duda czy Radović. Ale kto przyszedł nowy? Ronan, Lewczuk, Szwoch czy Piech to nie tylko zawodnicy niestanowiący nawet uzupełnienia, ale przede wszystkim piłkarskie anonimy. Oni na stadion nie przyciągną fanów. Jak do tej pory uważam, że rozstanie się z Ljuboją było dobrą decyzją prezesa Leśnodorskiego zważywszy na charakter i imprezowy styl bycia Serba, tak jednocześnie nie pojmuję dlaczego nie zastąpiono go kimś o porównywalnym potencjale. Marketingowym, sportowym, różnorakim. Tak, dla Daniela wielu chciało przychodzić na Ł3. Każdy chciał mieć z nim zdjęcie i potem wstawić na fejsa. Koszulki z jego z nazwiskiem rozchodziły się. Bo Ljuboja był kimś. Strzelał piękne gole, grał szalenie atrakcyjnie, a w dodatku miał ten swój specyficzny temperament. Można było go nie lubić, ale nie sposób było przejść obojętnie. A dziś młody chłopak czyją koszulkę ma sobie kupić? Radovicia, który od ośmiu lat nie wyjechał z Polski? Koseckiego czy Żyry, którzy wciąż w piłce prawie niczego nie osiągnęli w wymiarze europejskim?

W każdym poważnym klubie jednym z liderów jest zawodnik grający w napadzie. Wyobraźnie ludzi poruszają ci, którzy decydują bezpośrednio o zwycięstwie. Strzelają bramki, popisują się asystami. Tymczasem w Legii atak to chyba najsłabiej obsadzona formacja ze wszystkim. Jeśli uznamy, że jednak Radović nie jest typowym napastnikiem, to zostają: Sa, Saganowski i Piech. Żaden nie przyciągnie Janusza na stadion, bo strach grać nim nawet w polskiej lidze. A co dopiero w europejskich pucharach. Przesadzam? To przypomnijcie sobie, na jaki atak w każdym ważnym spotkaniu w Europie czy w lidze stawia trener Berg. Pamiętacie już? Tak, dwójką: Duda–Rado. Czyli Norweg zaufania do wyżej wspomnianej trójki klasyczny napadziorów nie ma. Skoro nie ma go szkoleniowiec, to jak mają je mieć fani? Zwłaszcza ci, dla których jedyny Orlando to Bloom, a Saganowski to bardziej dawna legenda niż dziś realna siła ognia.

Euro 2012 pokazało, jak Polacy potrafią być rozkochani w futbolu, emocjonować się nim. Ten potencjał można wykorzystać jeśli do młodych jak Żyro czy ogranych jak Radović, doda się kogoś ze światowym obyciem. I nie chodzi tu tylko o podnoszenie piłkarskiego poziomu. Nie twierdzę bowiem, że obecna Legia gra gorzej niż tamta z Ljuboją. Sęk jednak w tym, że piłkarze grający na Łazienkowskiej z pewnych powodów nie mają prawa wywoływać większych emocji. Albo występują u nas za długo, jak Radović czy Astiz, albo ani nie przychodzili w roli gwiazd, ani nią się nie stali (choćby Orlando Sa). Polska liga nie cieszy się zbyt wielką renomą wśród rodzimych kibiców. Dobrze wiemy, jak smakuje. Często to mało strawny kotlet, który w dodatku od prawie dwudziestu lat nie potrafi wejść do głównego menu największej europejskiej restauracji, jaką jest elitarna Liga Mistrzów. Skoro więc jacyś zawodnicy występują w niej ileś lat, a w dodatku nie mają efektownych CV, to szansa, że przyciągną tłumy jest raczej znikoma. Nawet najlepiej grający Radović dla przeciętnego polskiego fana pozostanie już tylko Radoviciem. Radoviciem, który nie ma w biografii Werderu, Tottenhamu czy innej Sevilli. Nie szanujemy naszej ligi, to mamy szanować piłkarzy, którzy w niej grają od lat? To oni mają przesądzić, jak spędzimy nasze popołudnie czy wieczór i na co wydamy pieniądze?

Niestety dla Legii wielkie emocje kibiców piłkarskich to zwykłe zasługa prawdziwych gwiazd. Każdy klub robi też wszystko, by się zmieniać. Bo kibic, jak każdy klient, nie lubi stagnacji. Nudy. Real Madryt wygrał Ligę Mistrzów? Ma najlepszy skład od lat? Fajnie, ale trzeba kupić kogoś nowego, kto rozgrzeje na nowo tłumy – stąd taki James. Oczywiście porównywanie klubu z zaściankowej Ekstraklasy do triumfatora LM jest wyzwaniem karkołomnym, ale wszędzie podstawa jest ta sama. Wszędzie jest część zagorzałych kibiców, maniaków klubowych. Ale ona stadionu nie zapełnia. Do tego potrzeba czegoś więcej. Jest łatwiejszy sposób by to uczyć, aniżeli za pomocą znanego nazwiska, gwiazdora? Kogoś, przy kim i drużyna będzie się pewniej czuła na boisku, który i sam coś tam strzeli, a i ściągnie niedzielnych kibiców? Nawet najbardziej wyrównany skład jaki można sobie wyobrazić emocji nie wywoła. Może mieć Legia na każdą pozycję nawet 3 równowartościowych graczy. Ale jeśli nie ma prawdziwych gladiatorów, to igrzysk nie uda jej się zorganizować.

Żeby nie było, że uczepiłem się Ljuboi, to spójrzmy też inny przykład. Na tapetę weźmy słynnego Alessandro Del Piero. Niedawno był dostępny, wrócił z Australii. Bliski ściągnięcia go był węgierski Honved. Nie udało się - Włoch wybrał Indie. Ale śmiem twierdzić, że na Łazienkowskiej nawet nikomu przez myśl nie przeszło, by popytać o legendę Juventusu. A szkoda. Z marketingowego punktu widzenia byłby to bowiem strzał w dziesiątkę. A co do samych koszulek Legii, to sprawa jest jeszcze dziwniejsza. Jak na całym świecie kluby „nakręcają” swoich fanów na kolejne wypuszczane edycje strojów na nowy sezon, tak w Warszawie poszli inną drogą. Koszulki zostały więc te same co w zeszłym roku. Działacze z własnej woli postanowili pozbawić się dodatkowych wpływów. Cały świat najwidoczniej nawet nie wie, w jakim tkwi błędzie.

Wracając jednak do stadionowych pustek, to niestety aktualny skład mistrzów Polski, jakkolwiek mocny i niezwykle wyrównany, nie daje gwarancji frekwencyjnego sukcesu. Raz jeszcze powtórzę: w moim przekonaniu gra toczy się nie o serca tych, u których od dawna Legia gości. Idzie bardziej o tych, którym jest ona mniej lub bardziej obojętna. Ale oni zapłacą za bilet, jeśli ich się przyciągnie. Oczywiście można się bawić w kółko wzajemnej adoracji i cieszyć z frekwencji jaka jest. Tak, minimalizm jest jakimś wyjściem, ale chyba nieidealnym. Wygrywa zwykle ten, który swoją ofertę potrafi rozszerzyć na większy krąg odbiorców. Tak jak choćby partia polityczna nie powinna się przed wyborami zamykać tylko na swój własny, zdeklarowany elektorat, który i tak jest już od dawna przekonany, na kogo zagłosuje, tak klub piłkarski nie może swoich oczu kierować tylko w stronę najwierniejszych fanów.

W przypadku Legii trzeba brać jeszcze pod uwagę, iż pochodzi ona ze specyficznego miasta. Ze stolicy kraju, w której mieszkają ludzie o często sporych wymaganiach. Chłamu nie kupią, nawet jak ich stać. To nie ceny biletów są problemem. Także nie poziom widowiska sportowego, który choć bywa różny w naszej lidze, dałby się obronić na Łazienkowskiej. Tym obrońcą klubowej kasy i pobudzaczem zbiorowej wyobraźni fanów mógłby być prawdziwy gwiazdor. Futbolowy gladiator. Gracz, który z nie jednego piłkarskiego pieca jadł chleb, ale zwykle ekskluzywnego. Wtedy ten kibicowski plebs przyjdzie gromadnie, by zobaczyć tego, kto miał styczność z najlepszymi. Może za dwa lata na stulecie istnienia klubu z Łazienkowskiej?

Dominik Senkowski
comments powered by Disqus
facebook