Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 17 maja 2013

Football, bloody hell

fot. skysports.com
Mieli wszystko pod kontrolą i w jednym momencie zupełnie tracili kontrolę. Mieli wszystko w swoich nogach i jednym meczem sukces wymykał im się spod nóg. Maszerowali triumfalnie, rozbijając rywala za rywalem, by w okamgnieniu przegrać te najważniejsze z istotnych spotkań i stać się wielkimi przegranymi. Spadek formy, słabszy dzień, szokująca akcja indywidualna, niesamowity strzał z dystansu czy po prostu czysty przypadek – ktoś, kto powiedział kiedyś, że piłka nożna jest okrutna, powinien zostać uznany mędrcem nad mędrcami.

Jeszcze trochę ponad tydzień temu kibice Benfiki przeczuwali, że to będzie doprawdy wyśmienity sezon. Raptem mały kroczek dzielił ich od mistrzostwa, a potem dziewięćdziesiąt minut pojedynku z Chelsea Londyn i być może na dokładkę wiktoria w Lidze Europy. I jeśli oba mecze kończyłyby się po równych dziewięćdziesięciu minutach ekipa z Lizbony byłaby dużym wygranym tego sezonu. Tymczasem doliczony czas gry zabrał im to, na co pracowali przez kilkanaście ostatnich miesięcy.

Przykład Benfiki nie jest odosobnionym przykładem. Wredne licho nie przypałętało się tylko do portugalskiej drużyny. Bezlitośni bogowie futbolu nie byli surowi jedynie wobec Lizbończyków. Piłka kopana przez wieki spisała opasłe tomiska nieprawdopodobnych scenariuszy, od których samemu Alfredowi Hitchcockowi włos zjeżyłby się na głowie, a Quentin Tarantino, mistrz absurdu, oddałby pokłony i rzucił reżyserkę w diabły.

Historia lubi się powtarzać

Ubiegły sezon wykreował dwóch wielkich pokonanych – Bayern Monachium i Athletic Bilbao. O ile ci drudzy mogli jakoś przełknąć gorycz porażek, bo przecież w finale Ligi Europy i Copa del Rey przegrywali z kretesem, o tyle Niemcy ubiegłoroczne majowe zmagania chcieliby wymazać z pamięci. Dla Basków to swoją drogą powtórka rozgrywki. W 1977 roku również ulegli w dwóch finałach - o trofeum króla i Puchar UEFA.

Finału poprzedniej edycji Ligi Mistrzów nie można nazwać inaczej jak upokorzeniem Bawarczyków. Gol stracony w 88 minucie, niewykorzystana jedenastka w dogrywce i koszmar serii rozstrzygających rzutów karnych. I to na stadionie w Monachium. Na domiar złego tydzień wcześniej zostali rozgromieni przez Borussię Dortmund 2:5 w spotkaniu o Puchar Niemiec.

To nic, raptem namiastka koszmaru w porównaniu do tego, czego doświadczyli w 1999 roku. Wstrząsający finał Champions League z owego sezonu to klasyka nad klasykami i dobitny pokaz, że przewrotność futbolu nie zna granic. To miał być triumfalny pochód Bayernu po potrójną koroną. Jednak gracze z Monachium z rąk wypuścili nie tylko puchar Ligi Mistrzów, ale także krajowy puchar. Jakże odmienne nastroje panowały w Manchesterze, który sięgnął po potrójną koronę. Wystarczyły raptem trzy tygodnie, aby piłka nożna jednych wyniosła na piedestał, a drugich strąciła w najgłębsze czeluści piekła.

Trzy lata później podobne katusze przeżywali sympatycy i zawodnicy Bayeru Leverkusen. Mistrzostwo stracili na trzy kolejki przed końcem rozgrywek. Wygraną w Champions League odebrał niemieckiemu zespołowi geniusz Zinedina Zidana i wyśmienity instynkt bramkarski Cesara oraz jego zmiennika Ikera Casillasa. Nieco wcześniej ponieśli klęskę w finale Pucharu Niemiec z Schalke i tak oto byliśmy świadkami spektakularnego upadku na przestrzeni zaledwie jednego miesiąca.



Futbol kołem się kręci

Real Madryt, ten sam, który w 2002 roku zdobył trzeci w ostatnich pięciu sezonach puchar Ligi Mistrzów i przeżywał jeden z najpiękniejszych okresów w swoich dziejach, posmakował identycznego upokorzenia równe trzydzieści lat temu. Przegrał absolutnie wszystko w trzech ostatnich meczach sezonu. Porażka z Valencią w kończącej ligowe zmagania kolejce zabrała im tytuł mistrzowski, ostatnia minuta gry o Copa del Rey krajowy łup, a dogrywka triumf w Pucharze Zdobywców Pucharów.

Nie inne odczucia towarzyszyły Chelsea Londyn pięć lat temu. W przedostatniej kolejce Premier League posiadali tyle samo punktów, co pierwszy Manchester, ale zwycięstwa w lidze ostatecznie nie udało im się wydrzeć. W finale Pucharu Ligi ulegli po dogrywce, lecz najwięcej cierpień przysporzył im bój o Champions League. To tam piłka kopana ukazała swoją szyderczą naturę w sposób najdobitniejszy, pokazała, że nawet mikroruchy – poślizgnięcie Johna Terry’ego – decydują o zdarzeniach w skali makro – przegrana w serii rzutów karnych. To, co los odebrał „The Blues” tego potwornego dla nich wieczoru, oddał w tym i zeszłym sezonie.



Ten przeklęty futbol

Kibice piłkarscy przeklinali na wszystkich świętych od dawien dawna. Fani Arsenalu Londyn w 1980 roku otrzymali dwa potężne ciosy w ciągu pięciu dni - porażka w finałach Pucharu Anglii i Pucharu Zdobywców Pucharu. Tyle wystarczyło, żeby zawalił się im cały świat. Parę lat wstecz, nieco dłużej, bo aż 11 dni, na koniec świata musieli poczekać sympatycy Leeds United. Wiosna 1973 roku przyniosła, tak jak w przypadku „Kanonierów”, klęski w meczach o Puchar Zdobywców Pucharów i FA Cup. Znacznie dłużej znęcano się nad Juventusem Turyn, któremu - tego samego roku, co Leeds United – wbito sztylet w serce dwukrotnie na przestrzeni miesiąca. „Stara Dama” otarła się wtedy o Puchar Mistrzów i puchar kraju.

Wielokrotnie zdarzało się, że drużyna już przygotowywała się do świętowania sukcesów, by odwoływać szykowaną z dużą pompą imprezę w ostatniej chwili. Interowi Mediolan w 1967 i HSV Hamburg w 1985 roku w decydujących starciach jakby odcięto prąd i dopływ energii. Oba zespoły mistrzostwa przegrywały w przedostatnich kolejkach, a trochę później dobijano je w finałach Pucharu Mistrzów.

W latach dziewięćdziesiątych o sporym pechu mogło mówić Olympique Marsylia. Fanom, zawodnikom i trenerom tej francuskiej ekipy mina zrzedła bowiem dwa razy. Najpierw w 1990, kiedy w walce o wygraną w najbardziej prestiżowym europejskim turnieju ulegli Crvena Zvezda Belgrad, a potem nie potrafili na osłodę zdobyć nawet krajowego pucharu. Drugi zawód przeżyli pod koniec ubiegłego wieku, tracąc tytuł mistrza w samej końcówce rozgrywek i pogrążając się w spotkaniu o Pucharu UEFA porażką z Benfiką.

Jeśli myśleliście, że bogowie futbolu zabawili się i podokazywali dostatecznie, to jesteście w grubym błędzie. Także i w bardziej dla nas współczesnych czasach kilka razy zdarzyło się, aby kluby zaprzepaszczały szansę na wielkie triumfy dopiero w decydujących dniach sezonu.

Przeciwnik zza miedzy wczorajszego pechowca, Sporting Lizbona, osiem lat temu doświadczył porównywalnego rozczarowania. Przegrał bój o Puchar UEFA i tytuł mistrza Portugalii w przedostatniej kolejce. Przed pięcioma laty Glasgow Rangers nie dało rady Zenitowi w finale Pucharu UEFA, a z rywalizacji o mistrzowską paterę odpadli na trzy kolejki przed końcem rozgrywek. AC Milan, który w szokujący sposób wypuścił z rąk pewny puchar Ligi Mistrzów – pamiętne spotkanie z Liverpoolem - parę tygodni wcześniej na własnym stadionie sprezentował tytuł mistrza Juventusowi, przegrywając 0-1.



Esencja piękna

Lektura tych wszystkich piłkarskich dramatów powinna nam podpowiedzieć, że środowy mecz nie mógł skończyć się inaczej. Bo od lat wiemy, że piłka nożna jest okrutna i niesprawiedliwa. Powinniśmy przeczuwać, że mimo iż Benfica miała przewagę i grała ładniej dla oka, to nie wzniesie pucharu w górę.

Od lat oglądamy te same nieprzewidywalne i dramatyczne widowiska, niczym odsłuchiwana na okrągło i zdarta do granic możliwości płyta winylowa z ulubionymi przebojami muzycznymi. Powinniśmy więc wyczuć, że śmiertelny cios przyjdzie w doliczonym czasie gry. I choć futbol znamy na wylot, to on ciągle nas zaskakuje. Wszak to taka piękna dyscyplina, o której wiemy absolutnie wszystko do moment pierwszego gwizdka. Wówczas nic już nie jest tak pewne i oczywiste. Kamil Kaźmierczak
comments powered by Disqus
facebook