Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 6 października 2013

FIFA w szponach korupcji

fot. goal.com
Za upadkiem Islandii stało kilkunastu skorumpowanych bankierów. Każdego roku na łapówki idzie przeszło bilion dolarów. W ten kręcący się wokół nieuczciwego pieniądza świat, doskonale wpisuje się FIFA. Moloch, gdzie korupcja jest powszednia niczym chleb. Jeśli dotychczas nawiedzały go chwilowe i lekkie wstrząsy, to ostatnie afery korupcyjne przypominają prawdziwy kataklizm.

Korupcja sięgnęła tam samego szczytu. Od października 2010 roku ośmiu członkom Komitetu Wykonawczego – wyżej jest tylko prezydent organizacji – postawiono zarzuty łapówkarstwa. Siedmiu z nich wycofało się z komitetu, a jeden został zawieszony.

Przewrót pałacowy

W maju 2011 roku, na miesiąc przed wyborami prezydenckimi w FIFA, Mohammed bin Hammam wylądował swoim prywatnym samolotem na Trynidadzie i Tobago. Milion dolarów, które wziął ze sobą, miało wystarczyć, by przekupić zwierzchników federacji karaibskich i jednocześnie zapewnić mu wygraną w zbliżającym się głosowaniu. Każdemu zaoferowano czterdzieści tysięcy, umieszczone w specjalnych, brązowych kopertach. Nad wszystkim czuwał Jack Warner, boss strefy CONCACAF.

Dziś, ani jednego, ani drugiego nie ma już w szeregach międzynarodowej instytucji futbolowej. Spotkanie w stolicy Trynidadu i potajemne konszachty wyciekły bowiem do mediów. Śledztwo procederu, w który zamieszanych było ponad dwudziestu szefów związków piłkarskich, prowadzone przez eksdyrektora FBI, Louisa Freeha, doprowadziło w końcu do Katarczyka i Trynidadczyka.

Pierwszy zrezygnował z ubiegania się o fotel prezydencki na 24 godziny przed wyborami i dwukrotnie dostał dożywotni zakaz na pełnienie jakichkolwiek funkcji w związkach sportowych. Drugi podał się do dymisji.

Karaibska robota

Jack Warner przez przeszło dwie dekady sprawował swój urząd prezydenta strefy CONCACAF z nadgorliwą wręcz dbałością o własne interesy. Dochodzenie dziennikarzy miejscowej gazety „Sunday Express” wykazało, że używał on swoich futbolowych i politycznych znajomości do budowy rodzinnego imperium, obecnie wycenianego na 200 milionów dolarów.

Fortuna, której się dorobił, pochodziła w większości z kasy federacji piłkarskiej Trynidadu i Tobago oraz ze skarbca FIFA. Trynidadczykowi pieniądze z praw do transmisji - otrzymywał je za symbolicznego dolara - i biletów na mistrzostwa służyły do rozwoju własnych biznesów. Posiadał kilkanaście przedsiębiorstw, w których się zatrudniał i na konta których dokonywał przelewów.

Najnowocześniejsza baza piłkarska na Trynidadzie, duma kraju, wybudowana za 26 mln dolarów, składająca się ze stadionu, centrum konferencyjnego, hotelu i basenu, nie należała do tamtejszego związku. Została bowiem postawiona na ziemiach będących w posiadaniu rodziny Warnerów.

Przekrętu życia dokonał jednak przed mundialem w Niemczech. Jego osobisty księgowy założył wtedy spółkę o nazwie LOC Germany 2006 Ltd – Warner był jej prezesem - która miała wspierać jadącą na mistrzostwa w glorii reprezentację Trynidadu. Zdaniem lokalnych żurnalistów na rachunek firmy przelano setki milionów dolarów. Sama kampania, sponsorująca drużynę narodową, pochłonęła około dwustu milionów. Tymczasem wyciągi z kont wykazały, że gdzieś przepadła połowa tej sumy. Oszukano nawet zawodników kadry, którzy nigdy nie uzyskali obiecanych im wynagrodzeń.



W sieci powiązań

Kiedy Warner w latach dziewięćdziesiątych został mianowany szefem swojego regionu, żarliwie popierał Seppa Blattera w wyborach prezydenckich – załatwił mu podobno trzydzieści głosów. To nie Szwajcar jednak odegrał kluczową rolę w ujawnieniu spisku mającym go obalić.

Trynidadczyk wpadł, bo oprócz obciążających zeznań świadków - zwierzchników federacji - do akcji wkroczył Chuck Blazer, który tym razem nie zamiótł swoim zwyczajem sprawy pod dywan. Obu panów od dawna łączyły silne więzy i wspólne interesy. Gdy Amerykanin pomógł zasiąść Warnerowi na fotelu prezydenta strefy CONCACAF, ten zrewanżował się i uczynił go sekretarzem generalnym. A będąc pod parasolem ochronnym Szwajcara, kręcili lody w najlepsze.

Blazer pobierał dodatkową pensję i premie od Karaibskiej Unii Piłkarskiej, niezależnej od futbolowego regionu Ameryki Północnej, za którą stał wspomniany Warner. Życie sekretarza kosztowało krocie, od 1998 roku na prywatne cele przeznaczył 15 milionów dolarów.

Luksusowe apartamenty w Nowym Yorku, Miami i na Bahamach, odnowiony za 80 tysięcy funtów zabytkowy model Mercedesa, garażowany i zarejestrowany w Szwajcarii – na to wszystko stać było Amerykanina. Nazywany „Panem 10%”, bo tyle prowizji inkasował od intratnych umów zawieranych w jego rewirze. Postawiono mu zarzut defraudacji 21 milionów dolarów. W ciągu ostatnich pięciu lat wypłacił sobie prawie dziesięć milionów bonusów, w samym 2010 roku przyjął około dwóch milionów.

Persona non grata

FIFA to środowisko, gdzie wszystkich wiążą wzajemne powiązania, a każdy wysoko postawiony oficjel wspiera jak tylko może innego wysoko postawionego oficjela. Wielu z nich łączyła mocna zażyłość, ale tym razem służalczy charakter Blazera wziął górę i przyjaciel doniósł na przyjaciela. Jack Warner – niegdyś bliski znajomy i współpracownik Blattera – nagle stał się persona non grata.



Na tym jednak cyrk na Karaibach się nie skończył. O tym jak ciężko wkupić się w łaski grubych szych świata piłkarskiego i jeszcze trudniej się im sprzeciwić, przekonał się Lisle Austin.

Kiedy Warner rezygnował z posady prezydenta, na jego miejsce wskoczył pochodzący z Barbadosu Austin. Rządy zaczął w najgorszy możliwy dla siebie sposób, od niefortunnego wywalenia Blazera. W odpowiedzi Amerykanin zakazał mu wstępu do biura organizacji. Ten skierował sprawę do sądu i ją wygrał. Wtedy wkroczyła FIFA, która zawiesiła nowego bossa w obowiązkach, tłumacząc, że nie powinien używać sądów cywilnych w rozwiązywaniu wewnętrznych sporów. Mówiąc dobitniej: brudy mogą być prane wyłącznie we własnym otoczeniu, a sam Austin sprawiał niepotrzebne kłopoty.

Jego prawnik, Barry Blum, całe zamieszanie komentował przed kamerami, dając upust swej złości: Postępowanie FIFA to pokazowy proces rodem ze Związku Radzieckiego lub z faszystowskich reżimów. Ona stawia się ponad prawem, a prawa jednostki są nieistotne.

Cichym ścigałem ich lotem

Manipulowanie głosami przy wyborze gospodarzy kolejnych mundiali, sprzedaż praw do transmisji po zaniżonej cenie, podejrzane umowy i wielomilionowe łapówki – jeszcze nigdy w szeregach FIFA nie było równie gorąco. Pięścią w stół uderzył w końcu Sepp Blatter i zapowiedział gruntowne zmiany. Przeciwko korupcji miał wytoczyć naprawdę ciężkie działa. Tymczasem ich siła rażenia okazała się nie większa niż pistolecików na wodę. A instytucja futbolowa po prostu niereformowalna.

Najpierw współpracę podjęła z nią Transparency International, międzynarodowa organizacja badająca i zwalczająca korupcję, ale chwilę później wycofała się, rozczarowana postępowaniem rządzących. Potem powołano niezależną komisję, której działania również spełzły na niczym.

Alexandra Wrage, antykorupcyjna konsultantka, której zadaniem było oczyszczenie związku, zrezygnowała z pracy po zaledwie dwunastu miesiącach. Przed kamerami ESPN wyjaśniała: FIFA pozostaje zamkniętym środowiskiem, które napędza własne problemy od środka. Nie miałam wpływu na nic. To najmniej produktywny projekt, w jakim brałam udział.

Jej propozycje zostały odrzucone jedna po drugiej. Zmianom proponowanym w celu usprawnienia skostniałej federacji piłkarskiej sprzeciwiła się sama góra. Kategorycznie odrzuciła możliwość ujawnienia całkowitego wynagrodzenia oraz premii, twierdząc, że opinia publiczna nie ma prawa znać ich pensji. Nie zgodziła się ponadto, aby na doroczne zjazdy wpuścić obserwatorów z zewnątrz. Nie spodobała się im także sugestia, aby wprowadzić ograniczenia wiekowe dla działaczy i zwiększyć zatrudnienie kobiet.

Pomysłodawca inicjatywy „ChangeFIFA”, David Larkin, postępowania instytucji nazwał farsą: Jeśli zapytać ekspertów antykorupcyjnych z całego świata, to żaden nie uznałby reform FIFA za poważne. Ona zignorowała nawet propozycje swoich osobistych doradców – opowiadał dla niemieckiej stacji DW-TV.

To śmieszne, że FIFA cieszy się ze statusu organizacji sportowej non-profit. Obecnie to przedsiębiorstwo kierowane przez złodziejskich baronów, którzy nie mają poszanowania dla etyki i uczciwości. Władza to wszystko, co ich interesuje – stwierdził w wywiadzie dla „The Independent” Barry Blum, prawnik Austina.

Andrew Jennings - reporter śledczy, od lat zajmujący się ciemną stroną sportu, węszący nieustannie w królestwie Seppa Blattera i wywlekający na wierzch kolejne krętactwa, znany z tekstów obnażających nieuczciwe praktyki w FIFA oraz programu telewizyjnego „FIFA’s Dirty Secrets” - jest zdania, że pod tą przykrywką farsy, kryje się chytry plan Szwajcara. Reformy Blattera, zainicjowane i kontrolowane przez niego pomimo głośnych skandali korupcyjnych, są bez znaczenia. Miały one pomóc jedynie w utrzymaniu go przy władzy – oświadczył na łamach „The Independent”.

Pieniądze lubią ciszę

Jeżeli słowa Jenningsa przyjmiemy za prawdziwe, to Blatter osiągnął właśnie pełnię szczęścia. W komitecie nie zasiada już, choćby jedna osoba, która mu się swego czasu sprzeciwiła. Wzburzenie i krytyka ucichły, podobnie jak korupcyjne wpadki.

Majstersztykiem Szwajcara było wyciszenie afery szytej naprawdę grubymi nićmi jeszcze z ubiegłego wieku. Firma ISL między 1992 a 2000 rokiem regularnie płaciła łapówki oficjelom FIFA w zamian za kontrakty i umowy warte miliony. Skończyło się na rezygnacjach João Havelange’a i Ricardo Teixeiry oraz dwu i pół milionowej rekompensacie. A w cały „deal” mogło być zamieszanych znacznie więcej osób.

A korupcja? Nieuczciwa gotówka, której obrót w szeregach FIFA raczej się jeszcze nie zakończył? A czy można z tym wygrać? – zada pytanie Blatter. Wziąwszy pod uwagę opinię twórców dokumentu „Sieć, czyli jak wygrać z korupcją”, którzy stwierdzili, że łapówkarstwo jest niejako wpisane w zachłanną i pazerną naturę człowieka, nie ma na to najmniejszych szans. A chciwość działaczy nie zna granic. Wie coś o tym Nicolás Leoz, który w trakcie wyborów gospodarza mundialu 2018 w zamian za głos na Anglię zażyczył sobie tytułu szlacheckiego. Kamil Kaźmierczak
comments powered by Disqus
facebook