Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 15 lutego 2014

Ekstraklasa podszyta strachem

foto:slasknet.com
Marzeń w polskim fubolu nie definiują kibice, nie pozwala na nie reprezentacja, nie nakręcają ich transfery zagranicznych gwiazd czy wyszkolone pokolenie utalentowanych piłkarzy - to reforma wyznacza myślenie o ambicjach w dyrektorskich i trenerskich gabinetach klubów Ekstraklasy. I chociaż większość sezonu już za nami, wciąż wywołuje ona strach.

Niekoniecznie przez podział punktów, bo o tym myślą póki co tylko kibice, kpiąco bawiąc się kalkulatorami po meczach, które mają zwycięzcom dać dwa punkty zamiast trzech. Większość ligi martwi się o podział na grupy po trzydziestej kolejce, a dzielące piąty Ruch i trzynasty Śląsk osiem punktów to niewielka różnica nawet przy pozostałych dziewięciu kolejkach sezonu zasadniczego.

Ta dziewiątka środka tabeli walczyć będzie jak o życie, by znaleźć się w górnej części po trzydziestu meczach, lecz wielkich wzmocnień ani transferów nikt nie przeprowadzał - w obawie głównie o to, że się nie opłaci, a za pozostałe osiem spotkań w słabszej grupie trzeba będzie płacić tak samo. Uzupełnienia i wymiany były raczej kosmetyczne, chociaż oczywiście nie najwyższej marki, bo płacić nie ma z czego. Śląsk długo przyglądał się Tomowi Hateley'owi zanim go zakontraktował, Piast ściągał piłkarzy z głębokich rezerw Bragi, Korona testuje kierunek wschodni, Cracovia w ogóle jakby odpuściła, a nawet obwołana "nową siłą" Lechia póki co opiera się głównie na wychowankach i wypożyczonych.

Strach jest też na szczycie. Przejawia się choćby po niepewnym tonie w jakim wypowiada się Mariusz Rumak nie tylko o szansach i ambicjach jego drużyny, ale i własnej pozycji. W Poznaniu także boją się poparcia inwestycjami obecnego szkoleniowca, raczej zimą przyglądając się jego pracy i po wiosennych efektach osądzając możliwość dalszej współpracy. To trudny związek, a przecież prawie się rozpadł jesienią i to ograniczenie zaufania jest wzajemne - przecież nawet po wykluczeniu Murawskiego i Ślusarskiego sugerowano, by Mariusz Rumak zgodził się na rozmowy "ostatniej szansy". Bo przecież strach wyobrazić sobie, jak wyglądać będzie druga linia Lecha bez byłego reprezentanta Polski... Czy rzeczywistość okaże się koszmarem?

Przed Lechem są Górnik i Wisła, ale tam o optymizm równie trudno - w kontekście walki o mistrzostwo niewielu chce się wypowiadać, a jeśli już to tok rozmowy kieruje się na pewnego kandydata i lidera lub zespół Mariusza Rumaka. W Zabrzu może i nie doszło do wielkich osłabień, cudem udało się jeszcze Nakoulmę uwiązać na pół roku do Ekstraklasy, ale transfery raczej były zabezpieczające krótkoterminowe interesy Górnika, nie długofalowe ambicje i plany. Robert Jeż tylko przy Roosvelta błyszczał w pełni, więc może się sprawdzić bez groźby pobicia. Ryzyko żadne, ryzyka zresztą słusznie się boją - a co jeśli ktoś młodszy miałby nagle zastąpić oddanego do Chin Mączyńskiego? Szkoda nerwów Ryszarda Wieczorka.

W Wiśle konsekwentnie budują tylko kręgosłup drużyny, o skrzydłach zapominając. Straszyć ma jeszcze wolniejszy niż zwykle Semir Stilić i jeszcze mniej ograny Dariusz Dudka, o ile w końcu uda się go zatwierdzić. Zresztą "Biała Gwiazda" straszy wyłącznie w Krakowie, na wyjazdach preferując dzielenie się punktami i obronę własnej bramki. Czy trójka w środku Chrapek-Garguła-Stilić będzie siała grozę w Ekstraklasie? Jeśli rywale umiejętnie wykorzystają luki tych piłkarzy w grze obronnej, twierdza Kraków może na wiosnę paść. O poważniejszych wzmocnieniach w ofensywie niż nastoletni Danijel Klarić nikt nie mówił, choćby w strachu przed tym, jak wpłynęłoby to na już mocno ograniczony i wciąż konsekwentnie ograniczany budżet klubu.

Wreszcie Legia, która przynajmniej nie bała się wymienić Jana Urbana na Henninga Berga. Ryzykowna zagrywka, choć w pełni zrozumiała biorąc pod uwagę tempo w jakim zespół u poprzedniego trenera się rozwijał - albo raczej jak szybko przechodził w etap stagnacji. Jednak (dwa) zimowe transfery wcale nie każą sądzić, że przy Łazienkowskiej wszyscy są do Norwega w stu procentach przekonani. Nawet (nie)oficjalne stanowisko - "niech przyjrzy się obecnym w klubie piłkarzom" - jest podszyte niepewnością. Strachu być nie powinno, bo Legia ligę musi wygrać w cuglach. Jeśli już to pewien pierwiastek tych obaw wyraża późne dopięcie transferu Orlando Sa, który ma być bardziej przekonywujący od Dwaliszwiliego.

Jednak wszelkie rewolucje odłożono na lato w strachu przed tym, że szkoleniowiec poparty inwestycjami zaproponowanymi przez wciąż raczkujący scouting mistrzów się nie sprawdzi, nie wypali. Dlatego do tematu podchodzi się ostrożnie, chowając za nową ideologią promowania młodzieży. Jednego, który pokazał się jesienią w Bielsku-Białej, posłano do Gdańska, a po zimowych testach i przeglądzie rezerw Bergowi zdaje się bliżej do zdania na ten temat Jana Urbana. Zresztą może to nie pora na takie ryzyko, bo jeszcze jakimś cudem tytuł się z rąk Legii wyślizgnie?

Strach wychowywać młodzież (bo to inwestycja wieloletnia, niepewna i trudna bez bazy), strach inwestować w boiska zamiast w piłkarzy (bo grupa mistrzowska się oddali), strach promować młodzież (bo mało utalentowana, rozpuszczona i bez owianego legendą "ligowego doświadczenia"), wreszcie strach patrzeć w przyszłość (bo, kolejna klisza, "liga brutalnie te marzenia zweryfikuje"). Niektórzy wręcz twierdzą, że strach iść na stadion. Nie dlatego, że można oberwać ławką, cegłówką, racą czy (co o wiele bardziej prawdopodobne) zostać przebadanym alkomatem, tylko w obawie przed tym, że to wszystko może wciągnąć i się spodobać. A wtedy pojawią się oczekiwania, życzenia i marzenia przed którymi niezmiennie wzdryga się cała liga. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook