Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
czwartek, 19 września 2013

Drużyny jak w szwajcarskim zegarku

foto: skysports.com
Za nami pierwsza kolejka Ligi Mistrzów, pora na małe podsumowania. Perfidia futbolu wraca po przerwie i dosięga niemal każdego.

Niektórzy mówią, że we wtorek i środę sezon w Europie rozpoczął się na dobre, wystartowała bowiem faza grupowa Ligi Mistrzów. Niektórzy, przytłoczeni pewnie ogromną ilością spotkań, mówią, że dla nich te rozgrywki de facto zaczynają się od fazy pucharowej. A tak, wystarczy obejrzeć tylko wynik i sprawa załatwiona. Oj, gdyby tak łatwo było z każdym meczem.

***

W każdym razie - Liga Mistrzów wystartowała i przyniosła mniej lub bardziej spodziewane wyniki, w niektórych kręgach nazywane sensacjami. Zwycięstwo Napoli nad Borussią może nie uchodzi w ogólnej narracji za wielką niespodziankę, ale wielu głowi się, czy to w studiach telewizyjnych, czy w mediach społecznościowych, jak mogło do tego dojść. W jednej ze stacji TV przed meczem mówiono, że "Napoli raczej będzie starało się wysoko nie przegrać". Tymczasem życie boleśnie zdeptało wyobraźnie. Nagle okazało się, że "nudna" Serie A potrafi pokazać pazur i to w starciu z finalistą Ligi Mistrzów. Doprawdy zastanawia mnie, skąd wzięło się to deprecjonowanie jakości i znaczenia ligi włoskiej i przedstawianie jej w roli może nie Mordoru europejskiej piłki, ale raczej krasnoludziej Morii, gdzie w ciemnościach trenerzy lubują się w bronieniu dostępu do własnej bramki, wszyscy oni bowiem z pewnością przysięgali wierność catenaccio.

Nie mam zamiaru budowania mitu wielkiej Serie A, ale nie ma co popadać w stawianie naczelnego produktu calcio znacznie poniżej Bundesligi, Premier League, czy La Liga. Każde rozgrywki mają swoje charakterystyczne cechy, które każdy odbiera inaczej. O ile w ogóle je ogląda.

***

Ale przejdźmy do samego meczu. Cóż, Borussia jak coś robi, to robi totalnie. W sobotę przejechała się po HSV, a we środę dała się rozjechać Napoli. Brakowało odpowiednich kątów w akcjach, wysoka linia obrony patrzyła się wszędzie, ale nie tam gdzie jest piłka, Gokhan Inler i Gonzalo Higuain, a Marco Reus po fenomenalnym występie przeciwko drużynie z Hamburga rozegrał spotkanie fatalne. Napoli za to zaprezentowało siłę spokoju - widać to zresztą było po reakcjach Rafy Beniteza po zdobytych bramkach - wszyscy zawodnicy skrupulatnie trzymali swoich pozycji, zamykano opcje podań Mchitarjanowi i Reusowi i wykorzystywano wolne strefy Borussii, które Niemcy tworzyli równie chętnie, co sytuacje strzeleckie z Hamburgiem. Gdy trzeba było, rozciągało się grę, zawodnicy przestawiali się w tryb posiadania piłki i męczyło się rywala grającego przecież w dziesiątkę. Po części taki mecz "oczyszcza" imię Rafy Beniteza, który w Interze stał się jednym z symboli degradacji tego klubu po zdobyciu przez Neroazzurrich Pucharu Europy, a w Chelsea był obiektem docinek, drwin i gniewu kibiców The Blues, którzy nie chcieli widzieć go w swoim klubie, nawet tymczasowo i nawet po zdobyciu trofeum Ligi Europa.

***

Rzekomo sensacyjnie było z kolei w Londynie, gdzie Chelsea nie mogła sobie poradzić z naładowanymi zawodnikami z Bazylei i w efekcie poniosła porażkę. Nagle okazało się, że ci sami dziennikarze podśmiechujący się z żarcików Jose Mourinho podczas konferencji prasowej o młodych jajeczkach (zawodnikach), które ten jako trener będzie wysiadywał dostrzegli, że średnia wieku piłkarzy Chelsea w tym meczu oscylowała wokół 28 lat, czyli trudno nazwać The Blues wyjątkowo młodym zespołem. Okazało się też że pastor King, że Bazylea naprawdę potrafi grać w piłkę. Nie przekonali się o tym ludzie, gdy Szwajcarzy eliminowali Manchester United z Ligi Mistrzów, nie dostrzegano tego też, gdy Basel znalazło patent na Tottenham w poprzednim sezonie LE, a później odważnie rzuciło rękawicę Chelsea.

Niektórzy mówią, że Bazylea to owszem - żadni kelnerzy, ale przecież to szwajcarska drużyna. Szwajcarska, czyli z definicji należąca do kategorii ogórkowej.

W eliminacjach do Mistrzostw Świata, Szwajcaria jest obok Anglii, Hiszpanii, Holandii, Włoch, Rosji i Belgii jedną z niewielu drużyn, które nie poniosły jeszcze porażki. W pierwszym składzie występują piłkarze z najsilniejszych lig Europy (w tym w środku pola duet Inler-Behrami, serdecznie pozdrawiający Borussię Dortmund). Nie jest im jednak dane występować w Anglii, nie mają więc takiej popularności jak reprezentanci Belgii. Co jednak odróżnia te dwie drużyny narodowe, to wiek wyjazdu z kraju. Belgowie często (Vertognen, Bakkali, Hazard, Vermaelen, Alderweireld, Chadli, Mertens) wyruszają za granicę, gdy nie są jeszcze ukształtowani piłkarsko, natomiast Szwajcarzy wyjeżdżają, gdy mają około 20-21 lat (Shaqiri, Xhaka, Benaglio, Inler, Lichtsteiner) czyli są znacznie bardziej zaawansowani. Zasadnicze szkolenie odbywają w klubach rodzimych, a to musi przekładać się na siłę ligi, zarówno pod względem technicznym, jak i taktycznym.

Wygrana na Stamford Bridge na pewno nie należała do formalności, ale nie jest też tak, że przyjeżdża drużyna z egzotycznego kraju i pokonuje silniejszego rywala po szczęśliwej grze. Bazylea może jest gorsza pod względem indywidualnej jakości, ale jej możliwości taktyczne nie wzięły się znikąd.

***

Tata Martino w meczu z Ajaksem Amsterdam postanowił oszczędzić siły nie będącego młodszym Xaviego. W jego miejsce pojawił się Fabregas, który zamiast starszego kolegi zajął się podawaniem piłki wszerz boiska.

Argentyński trener zdaje się więc dostrzegać, jak bardzo gra Barcelony jest lepsza, gdy Xavi jest w pełni zdrowia. Zmęczony rozgrywający jest bardziej apatyczny w grze, co widać było w meczach przeciwko Milanowi, czy Bayernowi w Lidze Mistrzów.

Szkoda więc, że Martino był poza klubem, gdy ważyły się losy Thiago Alcantary, którego Tito Vilanova nie wystawiał, widząc miejsce tylko dla swojej stałej jedenastki. Kto wie, czy u dawnego trenera Newells Old Boys, pomocnik w tym momencie już Bayernu Monachium, nie miałby większych możliwości gry.

***

We środę ciekawie było też w Madrycie, gdzie Atletico podejmowało Zenit. Fascynująca była szczególnie potyczka taktyczna Diego Simeone z Luciano Spallettim, którzy niemal co kwadrans zmieniali ustawienie swojego zespołu, co widać na załączonym obrazku (po lewej stronie - Atletico, po prawej - Zenit).



Zmiany ustawienia wpływały na przebieg gry, a także - oczywiście - odwrotnie. Zenit mecz zaczął z trójką środkowych obrońców, co prawda miał przewagę w posiadaniu piłki, ale nie przekładało to się na liczbę strzałów. Później zmiana na czterech defensorów spowodowała, że Zenit miał dodatkowego zawodnika w środku pola, co pozwoliło na lepsze wykorzystanie Kerżakowa w roli "fałszywej dziewiątki" - po prostu miał większe możliwości rozegrania. Po jednej z takich akcji bramkę zdobył Hulk. Potem Atletico wyraźniej postawiło na dwójkę defensywnych pomocników i nagle Zenit miał ograniczone możliwości rozegrania, a Atletico, które upodobało sobie szybkie rozegranie, szybko znajdowało luki w czteroosobowej obronie rywala.

To tylko potwierdza jak ważna w nowoczesnym futbolu jest elastyczność w podejściu do ustawienia zespołu i jak bardzo duże znaczenie ma szczególnie kwestia środka pola. Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook