Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 5 listopada 2013

Czy futbol to wciąż sport zespołowy?

fot. marca.com
Messidependencia, Ronaldodependencia i inne takie. Rola wybitnych indywidualności ma we współczesnym futbolu tak duże znaczenie, że w Hiszpanii głupieją już pierwsi szkoleniowcy, poświęcając więcej uwagi jednostkom niż grupie.

Derby Andaluzji mogły być tym razem tzw. "polskim meczem" wszak w kadrach obu zespołów mieliśmy po jednym zawodniku znającym smak gry z orłem na piersi. Koniec końców polskości w tym widowisku było jak na lekarstwo i... może właśnie dlatego oglądaliśmy tak dobre zawody.

Bartłomiej Pawłowski w tym meczu nie zagrał. Nie przez kontuzję, a przez decyzję trenera, który bardziej od usług Polaka ceni zaangażowanie Juanmiego i Samuela Garcii. Decyzji Niemca nie rozumieli dziennikarze i kibice, ale on sam wiedział co robi - to właśnie rezerwowy Samu strzelił zwycięską bramkę. Wygląda więc na to, że to jeszcze nie ten moment, w którym Schuster traci kontakt z bazą, co zdarzało mu się, prędzej czy później, podczas jego pracy w Getafe czy Realu.

Kontakt z bazą stracił za to na chwilę drugi z reprezentantów Polski - Damien Perquis. Stoper Betisu tak nieszczęśliwie starł się po przerwie w polu karnym z młodym Fabrice'm Olingą, że stracił przytomność.




Choć z urazów nie powinno się żartować, to jednak wiemy, że Damien żyje (choć ma złamaną szczękę i będzie nosił szwy na niej przez 50 dni), możemy też uczciwie zauważyć, że nieprzytomny był już dużo wcześniej - gdy Roque Santa Cruz z angielską flegmą (zapewne pozostałość po grze w Blackburn i City) przyjmował i pakował futbolówkę do siatki na 1:0, spóźniony defensor dopiero wbiegał w pole karne. Nie popisali się też jego koledzy, ale przynajmniej zadbali o to, by zająć dobre miejsca przed seansem.




W meczu dwóch drużyn będących w potrzebie tryumfowali gospodarze i mogli po meczu w dobrych nastrojach ogłosić przedłużenie umowy z dobrze rokującym, niespełna 20-letnim Sergim Darderem. Betis po raz kolejny przegrał, nie zdołał wymknąć się ze strefy spadkowej, ale może się cieszyć z coraz lepiej wyglądającej współpracy duetu Verdú-Vadillo, którego gra w drugiej połowie zaostrzyła apetyty przed zbliżającymi się Derbami Sewilli. Może niedługo skrót VV będziemy kojarzyć z nimi, a nie z Víctorem Valdésem.

***

Wspomniane derby mogą być kolejnym meczem o życie dla Unaia Emery'ego, coraz gorzej radzącego sobie z dowodzeniem nowego projektu na Estadio Ramón Sánchez Pizjuán, o ile ten w ogóle do tego spotkania dotrwa na stanowisku. Gdy niespełna rok temu Unai obejmował andaluzyjski klub wydawało się, że to małżeństwo na lata, że obie strony są dla siebie stworzone. Eksperci, mając w pamięci doskonale pracujące skrzydła w dowodzonej przez Baska Valencii, dostrzegali, że w ekipie Los Nervionenses będzie miał on doskonały materiał do odtworzenia tamtego układu - Navas, Reyes, Cicinho, Coke, Perotti, Rabello. Z czasem skład personalny obu flanek się zmienił, ale wciąż to tam tkwił największy potencjał Sevillistas.

O tym, że z przebudowaną Sevillą Emery może zdziałać wiele, świadczyły jego sukcesy wychowawcze: wypłynięcie na szerokie wody Kondogbii, odkrycie Alberto Moreno i uczynienie z niego w kilka miesięcy reprezentanta kraju czy odważne stawianie na Jairo Samperio, za które młodzieniec już powoli się rewanżuje golami i asystami. Brakowało tylko jednej, ale jakże istotnej rzeczy - wszystkie te części składowe musiały zatrybić jednocześnie. Sevilla miała już nawet momenty, kiedy cel był bliski, ale obecnie zaczyna się on niebezpiecznie oddalać.

Baskijski szkoleniowiec nie znalazł recepty na wyjazdową niemoc Los Nervionenses, na którą ci cierpią jeszcze od czasów Míchela. Co gorsza, drużyna coraz mniej przekonująco prezentuje się również na własnym obiekcie. Poza wskazanymi wyżej osiągnięciami w pracy z pojedynczymi zawodnikami, do których doliczyć należy zrobienie z Rakiticia prawdziwego lidera, ex-trener Los Ches i Spartaka Moskwa nie może sobie przypisać zbyt wielu zasług. José María del Nido przekonuje, że wspiera swojego podwładnego z taką samą mocą jak wtedy gdy podpisywał z nim kontrakt, ale po cichu mówi się o ultimatum dla trenera - przełamanie wyjazdowej klątwy na Cornellà-El Prat albo białe chusteczki.

Dają znać o sobie koszmary z poprzednich miejsc pracy, które doprowadzały Emery'ego za każdym razem do bolesnych rozstań, a które pomijano, gdy Bask dostawał angaż w stolicy Andaluzji. Pamiętaliśmy, że Unai to spec od odkrywania talentów w klubowych rezerwach, ale zapomnieliśmy, że nigdy nie utkał z tych gwiazdek solidnej drużyny. Będąc jednak pod wrażeniem dokonań opiekuna Sevillistas w indywidualnej pracy z zawodnikami, sugerujemy zmianę branży na, nie wiem, może łyżwiarstwo figurowe lub lekkoatletykę? Byle nie w parach czy w sztafecie.

***

Łatwego życia nie ma też Haris Seferović. Szwajcar strzelił co prawda pierwszą od dawien dawna bramkę dla Realu Sociedad i dołożył nawet do tego asystę przy golu Chory'ego Castro, ale więcej z tych osiągnięć problemów niż pożytku. Czemu?

Otóż były zawodnik Fiorentiny swe przełamanie zdecydował się celebrować w stylu Roberta Lewandowskiego tj. uciszając swoich własnych kibiców, krytykujących go do niedawna, zresztą całkiem słusznie, za mierną postawę na boisku i brak zaangażowania w treningi.



Przypomnijmy. Od czasu kontrowersyjnego zdjęcia, na którym snajper pozował z Jackiem Danielsem, jego licznik strzelecki ani drgnął. Trzeba przyznać, że długo mu schodziło zmęczenie takiej ilości trunku jak na kogoś z wschodnimi korzeniami.



Stąd i jego reakcja na trafienie była nieco niezrozumiała. Haris trafił do siatki w banalnej sytuacji i przy wyniku 4:0 i brak tego gola zasmuciłby tylko tych, którzy lubują się w popularnych manitach. A tak - zrobiło się gęsto.

Część fanów wykazała się poczuciem humoru, punktując cieszynkę Seferovicia, bezwzględną przeróbką.



Nie wszyscy jednak byli tak zdystansowani do sprawy. Twitter jeszcze wczoraj huczał od komentarzy kibiców twierdzących, że Szwajcar ma nierówno pod sufitem i należałoby go wysłać na trybuny, a najlepiej sprzedać. To drugie rozwiązanie podobno nawet odpowiadałoby zawodnikowi, który jeszcze niedawno wydawał się być świetnie zaaklimatyzowany w nowym otoczeniu.

Przynajmniej powoli wyjaśnia nam się czemu ostatni raz był lepszy od Neymara ładnych kilka lat temu. To Brazylijczyk miał sprawiać problemy wychowawcze, a tymczasem okazuje się, że to Haris, wybierając Real Sociedad, najwidoczniej pomylił imprezy. Donostia to piękne miejsce do życia, ale jeśli grasz dla Txuri-Urdin, przyjemności odkładasz na później.

***

Lekko nie ma też Leo Messi, któremu madrycki As, na czele z niezawodnym Tomásem Roncero, liczy minuty bez zdobytej bramki w lidze. A minut tych jest już prawie 300. Takiej posuchy u Argentyńczyka nie było od 1979 roku sezonu 2010/2011, kiedy to w marcu zablokował się na dłuższy czas. Wtedy jednak odbił to sobie w dwóch kolejnych miesiącach, wygrywając z kolegami Ligę Mistrzów i rozgrywki ligowe. Kibice Barcelony tłumaczą sobie obecną niemoc zapewne w ten właśnie sposób.

Chodzić jednak może o coś zupełnie innego. Dopiero co pierwsze urodziny obchodził syn Messiego - Thiago. A o tym jak życie Messiego juniora wpływa na poczynania jego ojca można już było się przekonać zaraz po jego narodzinach. Wtedy to Argentyńczyk tak bardzo chciał zdobyć gola, którego zadedykuje pierworodnemu, że rozegrał jedno z gorszych spotkań w sezonie, marnując kilka banalnych okazji do strzelenia bramki.



Być może kolejna ważna data w życiu potomka ponownie zadziałała na Messiego paraliżująco?

La Pulga nie jest zresztą w tym odosobniony. Jeszcze przed El Clásico wszyscy debatowali nad kiepską dyspozycją Andrésa Iniesty. Blada twarz odblokował się dopiero na prestiżowy pojedynek z Realem, a chwilę po tryumfie w tym spotkaniu ogłosił, że po raz drugi zostanie ojcem.

Baby boom w stolicy Katalonii trwa w najlepsze i nie pozostaje bez wpływu na formę Blaugrany. Skoro tyle na Camp Nou zależy teraz od dzieci, nic dziwnego, że wzięli na trenera "Tatę".

***

Jest jednak na Półwyspie Iberyjskim osoba, której nie tykają żadne większe problemy. Bo czym ma się kłopotać ktoś, kto wszelkie reguły ma za nic? Może trochę niepokojący jest fakt, że mowa tu o piłkarskim arbitrze, ale La Liga to w końcu rozgrywki jedyne w swoim rodzaju.

Mowa oczywiście o niezawodnym Muñizie Fernándezie. Całkiem niedawno informowaliśmy o tym, że charakterystyczny rozjemca spotkań powrócił do łask Komitetu Technicznego Arbitrów, po tym jak odpokutował karę za wpadki z meczu Barcelony z Sevillą i po tym jak uniknął wymiaru sprawiedliwości za karygodne pomyłki ze starcia Elche z Realem Madryt. Przewidywaliśmy wtedy zresztą, że to nie koniec "one man show" z zaczesanym do tyłu jegomościem w roli głównej i jedynej i cóż powiedzieć - mieliśmy rację.

Kontrowersyjny sędzia wrócił w wielkim stylu, "wielbłądami" popełnianymi w dwóch kolejnych prowadzonych przez siebie spotkaniach, kompletując hat-tricka.

Najpierw w trakcie pojedynku Levante z Espanyolem był jedyną osobą na stadionie, która była przekonana, że El Zhar był faulowany w polu karnym.




A w miniony weekend uznał gola strzelonego przez Rodriego ręką. Była to w dodatku bramka, która przesądziła o zwycięstwie Almeríi nad Valladolid. Choć strzelec w tej sytuacji nieźle zakamuflował swoje niecne zagranie, to wydaje się, że interpretacja Muñiza, jakoby bramka została strzelona głową, przeczyła prawom fizyki.




Gdyby nasz bohater miał sędziować na tak wysokim poziomie jeszcze przez kilka lat, moglibyśmy się złościć. Ale że to jego ostatnie podrygi w Primera Division, robimy się sentymentalni i zastanawiamy się jak nudna będzie liga bez niego i czy kiedykolwiek ktoś mu dorówna. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook