Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 5 października 2013

Costa: Brazylijczyk w hiszpańskiej kadrze?

fot. marca.com
Brazylijczyk, przez dotychczasowych rodaków niemal nieustannie pomijany przy ustalaniu kadry narodowej, zapragnął sprawić sobie rodaków nowych, bardziej go kochających i bardziej w niego wierzących. Hiszpanie w asie Atletico widzą rozwiązanie wszystkich swoich problemów.

Jeśli myślicie, że Pepe jest piłkarzem, któremu najbliżej do miana psychopaty, to powinniście czym prędzej przyjrzeć się osobie Diego Costy i zrewidować swoje poglądy. Portugalski stoper miewa napady szaleństwa, ale poza tymi momentami obłąkania jest człowiekiem spokojniutkim i milutkim. Brazylijczyk to ktoś zupełnie inny – to metodyczny sadysta, który, gdyby mógł, to swoich boiskowych rywali tłukłby do nieprzytomności. Nie robi tego tylko dlatego, że nie wypada.

Piłkarz pragmatyczny

Pochylając się nad kwestią nadmiernej boiskowej brutalności napastnika Atletico łatwiej znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego jest on o krok od pokazania pleców swojej ojczyźnie i na przyszłorocznym mundialu reprezentowania Hiszpanii. Przenieśmy się w czasie do roku 2004. Wtedy to 16-letni Diego wraz z rodziną przeprowadził się do Sao Paulo. Wtedy też po raz pierwszy udał się na trening z prawdziwego zdarzenia. Gdy minął pierwszy, wywołany graniem na trawiastej murawie, szok, przyszedł szok kolejny – prowadzący zajęcia szkoleniowiec nie pozwalał mu bić się z przeciwnikami. – Zupełnie nad sobą nie panowałem, nie miałem żadnego szacunku dla rywali – wspomina tamten okres Diego. – Teraz, z perspektywy czasu, już wiem, że na wcześniejszych szczeblach edukacji nauczyłbym się, czym jest fair play.

Costa dorastał w świecie bardzo prostych wartości, w świecie czarno-białym. Grał w piłkę tylko na betonowych boiskach, a wszelkie spory rozwiązywał za pomocą pięści. Nie miał pojęcia o taktyce, nie znał dokładnych reguł gry. Nie był jednym z tysięcy młodych dzieciaków uczestniczących w treningach drużyn młodzieżowych wielkich klubów i marzących o graniu w kanarkowej koszulce. Diego nie marzył o żadnej koszulce, bo grał bez nich. Pierwszą meczówkę założył w wieku 17 lat.

Teraz, gdy o usługi Latynosa biją się dwie czołowe reprezentacje globu, w głowie Costy nie pobrzmiewają patriotyczne nuty, oczyma wyobraźni nie widzi on zapełnionej Maracany, nie widzi koszulek Canarinhos. Brazylia mu prawie niczego nie dała, jego związek z krajem, w którym spędził 18 lat życia, jest zadziwiająco słaby. Próżno szukać jego pompatycznych wypowiedzi na temat tego, jak bardzo marzy o powołaniu. Nie sposób nazwać go patriotą. Tak jak w przypadku boiskowych zachowań, Diego Costa jest bardzo pragmatyczny.

Piłkarz kuszony

W Hiszpanii Brazylijczyk trenuje od 2007 roku z półroczną przerwą na wypożyczenie do Bragi. To La Liga ukształtowała go piłkarsko i sprawiła, że Costa jest teraz tu, gdzie jest. Myli się jednak ten, kto myśli, że mamy tu do czynienia z jakąś hollywoodzką historią z gatunku tych, w których bohater wyrasta jak spod ziemi i swoimi talentami olśniewa świat. Diego długo był traktowany jak zapchajdziura. Atletico wypożyczało go łącznie cztery razy. W Valladolidzie, Celcie i Albacete miał pewne miejsce w składzie, ale wtedy jeszcze nie był w stanie wybić się ponad przeciętność.

Jego talent eksplodował półtora roku temu, zaraz po tym, gdy Brazylijczyk wyleczył poważną kontuzję kolana. Los Colchoneros wypożyczyli go do Rayo i … boom! W zaledwie 16 meczach rundy rewanżowej Costa trafił do siatki aż dziewięć razy i walnie przyczynił się do utrzymania się podmadryckiego klubu w Primera Division. Potem było już z górki. Poprzednie rozgrywki Latynos kończył już w glorii gwiazdy ligi. Na świecie ciągle więcej mówiło się o Falcao, jego partnerze z ataku, ale Hiszpania kochała już głównie Costę.




A któż nie lubi być kochany? Diego nie ukrywa, że w Madrycie odnalazł wszystko, co potrzebne do życia. Jest ulubieńcem kibiców, trenuje pod okiem szkoleniowca, który wyznaje bardzo podobne do niego futbolowe zasady… W sezonie 2013/2014 Diego Costa jest największą, jeśli nie liczyć Messiego i Ronaldo, gwiazdą rozgrywek. Brazylijczyk miał prawo nie czuć żadnego mocnego emocjonalnego związku z Krajem Kawy tak samo, jak ma niemal obowiązek czuć się uczuciowo związanym z Hiszpanią. Brazylijska federacja Costę przy powołaniach pomija wręcz notorycznie – napastnik zagrał w dwóch meczach. Od momentu, gdy Diego wspiął się na wyżyny futbolowego świata, ekipa Canarinhos rozegrała obłędną liczbę 27 meczów. Pięć z nich było spotkaniami w ramach Pucharu Konfederacji, pozostałe były towarzyskie.

Nawet jeśli Costa w pewnym momencie liczył na powołanie, to miał prawo w końcu porzucić nadzieję. Jedno powołanie na dwa starcia to jak cios w twarz dla piłkarza takiej klasy. Klubowy kolega Costy, Filipe Luis, stwierdził niedawno, że chociaż ciągle liczy, że snajper załapie się do brazylijskiej kadry, to jednak zdaje sobie też sprawę, że Diego swoimi umiejętnościami w futbolowym świecie wyróżnia się tak bardzo, ze każda reprezentacja chciałaby mieć go w swoich szeregach.

Każda, poza Brazylią. Panowie z tamtejszej federacji zachowują się ostatnio jak dziecko, które co prawda samo nie bawi się zabawką, ale też za żadne skarby świata nie zgodzi na to, żeby bawił się nią ktoś inny. Gdy był czas powołań, CFB milczała. Gdy zaczęło się robić głośno o tym, że Hiszpanie szykują się do wysłania Diego Coscie powołania, futbolowa federacja Kraju Kawy bardzo się oburzyła i za wszelką cenę starała się sprawić, by takie powołanie było niemożliwe. Na ich nieszczęście jedyne, co mogli wskórać, to opóźniać cały proces poprzez niewysłanie do FIFA dokumentów potwierdzających, że napastnik nie zagrał ani jednego meczu o punkty w kanarkowej koszulce.

Dochodzimy do bardzo interesującego faktu. W tym momencie sytuacja wygląda tak, że Brazylijczycy mogą Costę powoływać, ale nie chcą, a Hiszpanie nie mogą, ale bardzo chcą i manifestują to otwarcie i donośnie. Oficjalne oświadczenie RFEF to informacja dla całego świata, ale szczególnie dla napastnika Atletico. Diego docenia takie gesty. Tak samo jak docenia to, jak bardzo jego karierą interesuje się Vicente del Bosque. Obaj panowie wiele razy rozmawiali, raz bardziej, raz mniej oficjalnie. Ostatnio Sfinks otrzymał od zawodnika upragnioną deklarację chęci grania dla Hiszpanii.

Brazylia prawdopodobnie przegapiła swoją szansę, Hiszpania swoją szansę wykorzystała, a zawodnik – cokolwiek by się nie stało – będzie zadowolony. Selekcjoner hiszpańskiej kadry powiedział niedawno, że jeśli rzeczywiście wyśle powołanie Coscie (teraz wiemy, że zrobi to niemal na pewno), to będzie to równoznaczne z zabraniem go na mundial. Inne zachowanie byłoby zwyczajnym świństwem.

Piłkarz potrzebny

Diego Costa w reprezentacji Hiszpanii to bardzo fascynująca wizja. Oczywiście bez trudu można znaleźć sporo minusów takiego rozwiązania – brak zgrania z kolegami, przeciętne dopasowanie do tiki-takowego stylu, potencjalne konflikty z kolegami – ale plusów jest jednak więcej. Największym jest z pewnością to, że Brazylijczyk gwarantuje bramki. Żaden z aktualnych napastników kadry nie potrafi wcielić się w rolę strzelca wyborowego. Diego powinien poradzić sobie bez trudu.

Kolejny plus to mnogość możliwych ustawień. Może wreszcie skończy się czas doble pivote na zmianę z 4-6-0. Latynosa można wrzucić na każdą ofensywną pozycję w drużynie i wszędzie sobie poradzi. Czasy fałszywej dziewiątki odejdą w zapomnienie, bo w kadrze będzie dziewiątka prawdziwa Costa będzie jak zastrzyk agresywności i woli walki dla pełnej uginających się pod ciężarem wygranych trofeów piłkarzy drużyny. Co poza tym? Niemal do zera spadną szansę na powołanie do kadry Michu, Llorente też pewnie będzie mógł zapomnieć o grze na mundialu. Do góry polecą za to akcje Koke, który z Diego Costą gra tak, jakby obaj panowie pierwsze 20 lat życia spędzili jako bliźnięta syjamskie.

Diego Costa ma jeszcze jedną, bardzo istotną, być można najistotniejszą cechę. To, że jest świetny technicznie, a przy tym silny jak bizon, jest ważne. Ważne jest to, że za kolegów jest w stanie oddać życie. Ważny jest jego spryt, cwaniactwo i pomysłowość, ale najważniejsze jest coś, co ma bardzo niewielu piłkarzy – poczucie odpowiedzialności. Costa jest naturalnym przywódcą, pełnię swoich możliwości pokazuje wtedy, gdy ciśnienie jest duże, stawka wysoka, a presja przygniatająca. – Ja muszę mieć poczucie, że coś ode mnie zależy – mówi Brazylijczyk. Takiej mentalności nie ma ani Villa, ani Negredo, ani tym bardziej Soldado. A trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie tego ostatnio hiszpańskiej kadrze brakuje najbardziej. Piotrek Dyga
comments powered by Disqus
facebook