Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 15 czerwca 2014

Cieszmy się!

fot. skysports.com
Miało być... jak zwykle: mało goli, zachowawcze nastawienie zespołów, gwiazdy przemęczone klubowym sezonem; jeszcze bardziej skomercjalizowany turniej rozgrywany wśród społecznych protestów i w nieznośnym klimacie, przy wyniszczających odległościach pomiędzy miastami-gospodarzami. Bez reprezentacji Polski. Dwudzieste finały mistrzostw świata rozpoczęły się tymczasem... wspaniale.


Pierwsze osiem meczów brazylijskiego mundialu przyniosło aż 28 bramek. To dokładnie tyle samo ile zobaczono w pierwszych... 17 spotkaniach poprzedniego światowego czempionatu. (W dwóch wcześniejszych turniejach potrzeba było 12 i dziewięciu meczów, aby osiągnąć tę liczbę.) Aż cztery drużyny strzeliły już więcej niż dwa gole - cztery lata temu podobna sztuka udała się w premierowej turze gier tylko Niemcom. Jedynie Kamerun i Grecja nie zdołały jeszcze zdobyć bramki. W sześciu z ośmiu spotkań do siatki trafiały oba uczestniczące w nim zespoły.

Widzieliśmy już tak wiele: prześlizgującą się przez mecz otwarcia w iście gospodarskim stylu Brazylię; walczący z przeciwnościami losu i w końcu dopinający swego Meksyk; zszokowaną Hiszpanię i szokującą Holandię; zwariowane Chile i dzielną Australię; radosną Kolumbię; sensacyjną Kostarykę; wyrachowane Włochy i tak wreszcie odświeżającą, jak znowu rozczarowującą Anglię; ciężko pracującą Japonię i odwracające losy spotkania w odstępie kilku chwil Wybrzeże Kości Słoniowej.

Byliśmy świadkami tak odrębnych emocji: strachu w oczach Marcelo i spełnienia marzeń Neymara; wściekłości Chorwatów; niepohamowanej satysfakcji van Persiego; samotności świętego Ikera; euforii Kolumbii świętującej gola w swoim pierwszym w XXI wieku występie na mundialu; niedowierzania na ustach tak Urugwajczyków, jak Kostarykańczyków; spokoju na twarzy Pirlo; frustracji Rooneya; pewności siebie płynącej z oblicza wchodzącego na boisko z ławki Drogby.

Przypomnieliśmy sobie, co przyświecało idei organizacji pierwszych mistrzostw świata. Julet Rimet uważał, że piłka nożna potrafi łączyć narody. Czy istnieje jakiekolwiek inne wydarzenie, podczas którego ludzie z całego świata w tak nieskrępowany sposób oddają swoją pasję i dumę z przynależności do danego kraju i społeczności? Mundial to przede wszystkim kibice z najodległejszych zakątków globu spotykający się i integrujący ze sobą w tym samym miejscu w jednym celu: pokazania kim są i skąd pochodzą. To kolorowe trybuny; doniośle czy wręcz szaleńczo odśpiewywane hymny; zachwyt po golach i zwycięstwach; łzy po porażkach. To czarno- i białoskórzy fani Wybrzeża Kości Słoniowej; Urugwajczycy pamiętający poprzedni triumf swojej reprezentacji na brazylijskiej ziemi i dzieciaki przeżywające swój pierwszy mundial; kobiety i mężczyźni; ci kierujący się w życiu niesłabnącą wiarą w Boga i niewierzący; ci z większymi i mniejszymi tradycjami piłkarskimi.



A przecież to dopiero początek. Za nami ledwie trzy dni pasjonującego turnieju. Zaprezentowała się raptem połowa drużyn. Czekamy na pierwsze mecze kolejnych faworytów, Argentyny i Niemiec, czarnych koni, Francji i Belgii, zawsze mocnej Portugalii, drugiego zespołu wszystkich widzów poprzedniego mundialu, Ghany oraz debiut Bośni i Hercegowiny. Oczekujemy Ronaldo i Messiego; Benzemy i Pjanicia; Gyana Asamoah i Hazarda.

Cieszmy się tym mundialem. Przed nami to, co najlepsze i najpiękniejsze. Wojciech Falenta
comments powered by Disqus
facebook