Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 4 grudnia 2013

Cenna sztuka zabijania

fot. goal.com
Kodeks honorowy głosi, że leżącego się nie bije, ale gdy w grę wchodzi futbol, takie maksymy włożyć trzeba między bajki, względnie między kolejne sensacyjne powieści Pepe Mela. Kto nie ma w sobie czegoś z piłkarskiego sadysty, sam później cierpi katusze.

Przekonał się o tym doskonale sam przywołany na wstępie trener Betisu w spotkaniu z Rayo, otwierającym niedzielne zmagania w La Liga. Nie było to zresztą pospolite spotkanie ligowe, a pojedynek dwóch szkoleniowców od dłuższego czasu jadących na kredycie zaufania, udzielonym im przez szefostwo obu klubów, pamiętające zeszłoroczne sukcesy tej dwójki i nie za bardzo posiadające alternatywy na rynku trenerskim. W domyśle - być może nawet mecz o posadę.

I choć spotkanie zakończyło się podziałem punktów, w rywalizacji trenerów Pepe Mel poniósł druzgocącą klęskę. Do spotkania podchodził bowiem w uprzywilejowanej pozycji - z kompletem ozdrowiałych zawodników ofensywnych i bez sabotującego jego trudy w ostatnich tygodniach Paulao, podczas gdy jego vis-à-vis nie mógł skorzystać z usług swego podstawowego portero, Rubéna. Mocno rażące słońce, jakie przywitało w to południe piłkarzy obu ekip na Estadio Benito Villamarín też miało być atutem przywykłych do takiej aury gospodarzy, nawet jeśli w moc tego argumentu wierzy tylko Piotr Ćwielong. Betis sprawiał tego dnia wrażenie ekipy dużo bardziej uporządkowanej, dwa razy wychodził na prowadzenie, ale to wszystko było za mało by wygrać. Dlaczego? Bo Paco Jémez.


Betis 2 Rayo Vallecano 2 przez acosart

Kanaryjczyk znów popisał się refleksem graniczącym z szalonym ryzykiem. Widząc, że obie drużyny maniakalnie trzymają się swej prawej strony i większość ataków jest dziełem pracy młodziutkich Vadillo z jednej strony i Lassa Bangoury z drugiej, zdjął z boiska rozczarowującego Iago Falqué po ledwie 23 minutach gry, mimo że ten nie narzekał na żaden uraz. W jego miejsce na boisku pojawił się Alberto Bueno. I to właśnie wychowanek Realu Madryt do spółki z Jonathanem Vierą, dzięki płynnej wymianie pozycji wyprodukowali dwie bramki dla Franjirojos.

A Mel? Melem rządziły sprzeczności. Co prawda wprowadził na boisko Joana Verdú i Juana Carlosa, którzy uczynili grę gospodarzy bardziej dynamiczną, stworzyli okazje strzeleckie, a pierwszy z nich mógł zostać nawet bohaterem spotkania, to jednocześnie zawzięcie trzymał na murawie Rubena Castro - człowieka, który zmarnował dwie idealne okazje na "zabicie meczu", a który, jak sam powiedział w pomeczowym wywiadzie, nie czuje się jeszcze w 100% swobodnie na boisku. A tępym nożem zabić się raczej nie da.

Reperkusje tych zdarzeń nie były przyjemne. W poniedziałkowy wieczór internet obiegła informacja o zwolnieniu urodzonego w Madrycie szkoleniowca, a już o godzinie 21 Pepe Mel ze łzami w oczach zasiadł przed dziennikarskimi mikrofonami na konferencji prasowej, na której, poza podziękowaniami, zdołał ledwie wydusić - Jest to konferencja prasowa, w której nigdy nie chciałem brać udziału.

Działaczy przywitały krzyki niezadowolonych kibiców, pamiętających, że Mel przywrócił Betisowi Primera Division, że wygrał z najlepszą Barceloną Guardioli, że nieoczekiwanie wprowadził klub do europejskich pucharów. Mela pożegnano owacją.

Wszystkie te gorzkie obrazki przypominały sceny sprzed nieco ponad roku, kiedy to w Barcelonie w podobnych okolicznościach podziękowano za współpracę równie zasłużonemu Mauricio Pochettino. Wtedy także wydawało się, że Los Pericos i Argentyńczvk są sobie przeznaczeni i prędzej czy później to właśnie on znajdzie sposób na wyjście z impasu. W klubie myślano jednak inaczej - odcięto pępowinę, a z czasem okazało się, że było to wyjście optymalne dla obu stron. Dlaczego w przypadku Mela i Betisu nie miałoby być podobnie. Skoro swe cykle mają gwiazdy pokroju i Mourinho, czemu przemijanie miałoby omijać tych maluczkich?

*

Przykucnął w lewym rogu strefy technicznej, zerwał się, ruszył wzdłuż boiska i przykucnął w prawym rogu strefy technicznej, znów się zerwał i podążył z powrotem w kierunku lewego rogu, przerywając marszrutę by na moment spojrzeć na plac gry ze środka boiska. I tak w kółko. Sekunda po sekundzie Wstawanie, marsz, przysiad, wstawanie, marsz, przysiad, wstawanie, marsz, przysiad. Inna perspektywa, lepszy widok. Ale jak menedżer Athletiku Bilbao by nie spojrzał na boisko, obraz gry jego drużyny był okropny. Naprawdę straszny - tymi słowami Sid Lowe znakomicie uchwycił tragizm postaci Marcelo Bielsy, walczącego z wiatrakami w drugim roku pracy w Kraju Basków.

W niedzielny wieczór kibice zgromadzeni na efektownym nowym San Mames mieli małe deja vu, ale na ich szczęście w roli głównej wystąpił trener drużyny przeciwnej, skądinąd uczeń El Loco, Gerardo Martino. Może teatr młodszego z argentyńskich szkoleniowców nie był aż tak dramatyczny jak w przypadku byłego selekcjonera Chile, ale jego symbolika była podobna - "Tata" Martino miotał się, widząc, że drużynie brakuje czegoś by przystawić rywalowi lufę do skroni, ale zlokalizowanie brakującego elementu przekraczało tego dnia jego możliwości.


Athletic Club 1 FC Barcelona 0 przez acosart

Widział Neymara, ślizgającego się po zielonym dywanie z gracją daleką tej, jaką prezentował Jewgienij Pluszczenko. Widział Iniestę, prezentującego skuteczność Sylwestra Patejuka. Widział też jak Pique i Mascherano nie radzą sobie z asekurowaniem Montoi, ale przede wszystkim...widział dobrą Barcelonę.



A przynajmniej tak twierdzi sam zainteresowany - Do 70. minuty byliśmy lepszym zespołem. Później straciliśmy gola, który miał na nas duży wpływ i mecz wyglądał inaczej. Drużyna wie co robić i jak grać. Myślę, że widzieliśmy dobrą Barcelonę. Udanie przechodziliśmy z obrony do ataku - wiedzieliśmy, że rywal wyjdzie wysoko i będzie stosował pressing.

Przypomnijmy jednak co ten sam człowiek powiedział po spotkaniu z Ajaksem - Jeśli miałbym wziąć w ciemno jeden przegrany mecz na dwadzieścia, to biorę. Musimy przypilnować, by to nie był początek czegoś większego. Tym samym tak zakreślony limit został wyczerpany i to w momencie, w którym oglądaliśmy Barcelonę dobrą. W stolicy Katalonii już drżą na myśl o tym, co jest w stanie przynieść to gorsze oblicze Blaugrany. A coraz bardziej złotousty trener ekipy z Camp Nou może się tylko cieszyć, że w mieście Gaudiego nie znają takich klasyków...



*

Bolesny brak instynktu zabójcy odczuły też w ten weekend na sobie ekipy Villarreal i Espanyolu, tracąc razem 5 punktów na skutecznych remontadach rywali. Ci pierwsi pożegnali się w dodatku z miejscem, gwarantującym grę w eliminacjach Ligi Mistrzów. Już w piątek startują jednak rozgrywki Copa del Rey, a pierwsza runda to doskonała okazja by w starciu z dużo niżej notowanym rywalem znowu poczuć w sobie zew krwi. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook