Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 1 marca 2014

Carlo Ancelotti czuje bluesa

fot. marca.com
Katalońskie instrumenty zaczęły z siebie wydawać dźwięki czyste niczym szczegóły transferu Neymara. Nad rzeką Manzanares pieśń przypominającego południowoamerykańskiego dilera trenera i jego niesfornych kamratów coraz bardziej przypomina żałosne jęki pogrążonych w delirium ludzi. I tylko na Santiago Bernabeu, dzięki wprawionemu dyrygentowi, wszystko gra jak należy.

W nudnawych, dalekich od ekstrawagancji Paco Jémeza, czarnych garniturach, przywdziewanych nawet gdy Real zaczyna swój mecz o 16, a nad Santiago Bernabeu wciąż góruje słońce, Carlo Ancelotti i Zinedine Zidane z pozoru wyglądają nieco jak Jake i Elwood z filmu Blues Brothers. Z pozoru, bo zarówno, sprawiająca wrażenie wiecznie zniesmaczonej, twarz 54-letniego Włocha jaki i posągowe oblicze niedawnego wirtuoza piłkarskich boisk zdają się nie wyrażać żadnych pozytywnych emocji czy też nawet obawy z powodu popełnienia modowego faux pas.

Ta daleka od komediowej pozy postawa obu jegomościów sprawia, że ich podopieczni tkwią w wiecznym niepokoju, niepewni tego czy dobrze wykonują zadania powierzone im przez dwójkę przełożonych. Ta obawa nie wiąże im jednak nóg, nie deprymuje, a zamiast tego utrzymuje ich czujność i trzyma ich w ryzach, dzięki czemu Real Madryt u progu decydującej fazy sezonu po półtora rocznej przerwie znów dumnie zasiada na fotelu lidera La Liga i ma w ręku wszelkie atuty, które są potrzebne by to zaszczytne miejsce utrzymać do końca rozgrywek. To co jeszcze u kresu poprzedniego roku wydawało się niemożliwe, dziś jest coraz bardziej realne i, co najważniejsze, nie ma w tym krzty przypadku.

Walka z demonami

A początki wcale nie były łatwe. Temporada 2012/2013 sportowo okazała się klapą. José Mourinho, jak sam całkiem niedawno stwierdził w jednym z wywiadów, decyzję o odejściu z Santiago Bernabeu podjął już na początku ostatniego roku pracy w Hiszpanii. W świetle tej wypowiedzi wszelkie gierki prowadzone przez niego w ciągu ostatnich miesięcy trenowania Los Blancos, każdy wzniecony konflikt i wszystkie boiskowe niepowodzenia mogły być elementem planu pozostawienia za sobą spalonej ziemi. Mimo tego wszystkiego, spore grono sympatyków Królewskich z rozrzewieniem żegnało Portugalczyka, tkwiąc w przekonaniu, że długo tak skuteczna, a przy tym tak barwna, postać nie przejmie batuty przy Concha Espina.

Widmo The Special One i wszelka spuścizna po nim miały być demonami, z którymi niełatwą walkę stoczyć miał nowo zatrudniony trener Carlo Ancelotti, którego podobieństwa z Mourinho zdawały się ograniczać do mocno siwiejącej czupryny. Florentino Pérez o tym doskonale wiedział i już zawczasu wyposażył Włocha w wybornego asystenta, żywą legendę klubu, Zinedine'a Zidane'a. Od początku jasne jednak było, że Francuz będzie kimś więcej niż szkoleniowym wsparciem dla Carlo. W byłym rozgrywającym Los Blancos skupiono funkcje drugiego trenera, opiekuna francuskich zawodników, a także ambasadora i twarz nowego projektu w drużynie wicemistrza Hiszpanii. Dwaj starzy dobrzy znajomi z Juventusu zaczęli od wspólnego żonglowania piłką na treningach, przeszli przez burzliwą rundę jesienną z porażkami z Barceloną i Atletico czy kontrowersjami ze spotkania przeciwko Elche, by w nowy rok wejść z produktem bliskim ideału.



Na wielu innych trenerów za niezbyt przekonujące wyniki z początku sezonu wylano by wiadro pomyj, ale Ancelotti skutecznie punktował sobie u kibiców na innych frontach, odciągając uwagę fanów od faktu, że jego wizja drużyny znajduje się jeszcze w fazie embrionalnej. Wnet okazało się, że były szkoleniowiec Chelsea i Milanu nie jest tak zblazowaną postacią za jaką był w Hiszpanii początkowo uważany. W sprawie obsady bramki podjął wręcz salomonową decyzję, która z czasem przyniosła korzyść obu zainteresowanym, co musiało przypaść do gustu zwolennikom najbardziej utytułowanej hiszpańskiej drużyny. Gdy Gerardo Martino raczył uznać kwotę wydaną na Garetha Bale'a za niemoralną, Carlo z miejsca ugasił jego zapał przypominając mu kim jest, skąd przybył i...gdzie pracuje - „Tata” Martino to chłopak z wioski Rosario i nie rozumie, że w prawdziwym świecie miliony wydawane są każdego dnia. Dopiero co przyjechał do Europy i rozpoczyna swoją przygodę z poważną piłką. Jeszcze nie rozumie obowiązujących tu zasad, nie rozumie nawet, jak funkcjonuje jego własny klub, bo przecież Barcelona także wydaje duże pieniądze na nowych zawodników.. Tak trafia się do serc kibiców madryckiej maszyny. A Mourinho? Coraz więcej osób w Hiszpanii podziela chyba zdanie wypowiedziane przez holenderskiego komentatora, relacjonującgo jeszcze świeżą masakrę jaką Real zafundował gospodarzom w Gelsenkirchen.



Zaufany żołnierz w każdej formacji

José Mourinho ze swoim ego początkowo doskonale wpasowywał się w standardy Los Blancos, ale gdy jego samouwielbienie zaczęło pęcznieć, a podwładni (i to pierwszoplanowi z Casillasem, Pepe, a czasami nawet Ronaldo, Özilem, Xabim Alonso i Ramosem na czele) nie zamierzali swojemu szefowi ustępować miejsca, nawet Santiago Bernabeu okazało się przymałą formą dla masy ubitej przez Portugalczyka i koniec końców wszystko to wykipiało, zatruwając klimat w drużynie posądzeniami o brak lojalności. Cały ten bałagan przelał się na boisko owocując bolesnymi porażkami na Signal Iduna Park w Lidze Mistrzów, na własnym podwórku w Copa del Rey i rekordową stratą do Barcelony w lidze.

Ancelotti od początku chciał uniknąć tego problemu. Podczas gdy poprzednik postawił na fajerwerki, na stworzenie autorskiej drużyny, która będzie grała futbol taki, jaki on sam preferuje, Włoch obrał drogę pełną pokory, dobierając taktykę pod tworzywo w jakie został wyposażony. Mourinho wyciągnął z tych piłkarzy coś, co w ich grze było najpiękniejsze. Ex-trener PSG podszedł do sprawy bardziej pragmatycznie i wycisnął z nich to, co jest w nich najlepsze.

By uniknąć tendencji odśrodkowych w każdej formacji Ancelotti wyposażył się w zaufanego człowieka. Problemu nie było w ataku, gdzie niepodzielnie panuje Cristiano Ronaldo. Jeśli chodzi o pozycję bramkarza Włoch obdarzył obu jegomościów podobnym zaufaniem jednemu zapewniając regularną grę w lidze, a drugiemu prestiżowe rozgrywki Champions League. W obronie i pomocy chwilowo pozostawał wakat.

Ostatecznie wybór padł na Pepe i Lukę Modricia. Ancelotti zadziałał niczym wytrawny polityk. Znał klasę obu tych piłkarzy, a przy tym zdawał sobie sprawę z prostego mechanizmu psychologicznego - stawiając na ludzi pomijanych lub nie w pełni docenianych przez Mourinho mógł liczyć na pełne oddanie z ich strony i wdzięczność za awans jakiego dostąpili. I nie przeliczył się. Pepe z gracza ośmieszanego przez Roberta Lewandowskiego stał się w kilka miesięcy głównym dyrygentem poczynań defensywnych, łatając luki w szykach obronnych pod obecność i nieobecność (ach te kartki!) Sergio Ramosa. Na dokładkę zaczął aplikować rywalom dużo częściej bramki i notować asysty. I zwykle były to zagrania kluczowe dla losów spotkania jak wtedy, gdy zdobył jedyną bramkę w arcytrudnej batalii z Espanyolem, na Cornellà-El Prat, odwrócił losy spotkania z Getafe, czy gdy z drobną pomocą przeciwnika rozpoczął proces niszczenia Atlético w Pucharze Króla. Jakby tego było mało, Portugalczyk, do niedawna skłonny do impulsywnych zachowań i cieszący się etykietką boiskowego brutala, nagle stał się uosobieniem boiskowych cnót - żółta kartka otrzymana w konfrontacji z Elche była jego pierwszym upomnieniem w lidze w 2014 roku. Profesjonalizm partnera ze środka obrony powoli udziela się Sergio Ramosowi, co procentuje w postaci genialnej statystyki ledwie 5 straconych bramek we wszystkich tegorocznych meczach.

Chwalenie gry Modricia już dawno przestało być zajęciem dla futbolowych hipsterów. Jego atuty i niebagatelny wpływ dostrzegają wszyscy. Predrag Mijatović przyrównał jego rolę w drużynie do roli Ronaldo. Davor Šuker jest przekonany, że z Modriciem pomoc Realu wygląda dużo lepiej, a wszyscy którzy mieli przyjemność z nim pracować, podkreślają jedynie, że w stolicy Hiszpanii z Chorwatem dzieje się to, co było nieuniknione. Boiskowa "złota rączka" z Zadaru sprawia, ze na dalszy plan schodzą troski związane z kontuzjami Xabiego Alonso i Khediry i adaptacją Asiera Illarramendiego. Były pomocnik Tottenhamu z gracją łączy obowiązki ofensywne z defensywnymi, spajając całą jedenastkę w to, co było celem Ancelottiego od pierwszych dni jego pracy - w monolit.

Nie ma odrzuconych. Są cuda

Włoski trener nie tylko wyciągnął z niebytu Pepe i Modricia, ale robi wszystko by ich zeszłoroczne przygody nie stały się inspiracją dla innych, szczególnie nowo pozyskanych, zawodników. Około 150 milionów wydanych na wzmocnienia nie raz zaciążyło już na plecach i Bale'owi i Isco i Illarramendiemu, a swoje wiadro pomyj na początku sezonu przyjęli już także stali bohaterowie medialnych lamentów - Di Maria, Ramos czy Benzema. Po trafieniu byłego zawodnika Málagi z Elche, po show jakie Bale zafundował wszystkim zebranym na Veltins-Arena wydaje się, że na jakiekolwiek indywidualne dramaty w Madrycie nie ma już miejsca. Jak do tego doszło?

Otóż Ancelotti wyrasta nie tylko na znakomitego taktyka czy psychologa, ale jest także troskliwym opiekunem dla wszystkich swych podwładnych. Działa wbrew swoistemu makiawelizmowi Mourinho, który siłę jednych buduje na poniżeniu innych, jak było to w przypadku Pepe i Varane'a. Nie wystawia nieudolnych kopaczy pod pręgierz, nie rzuca na pożarcie mediom, a odstawia ich chwilowo na boczny tor i stopniowo stara się odbudować w nich pewność siebie.

Zrozumienie jakie okazuje podopiecznym potrafi czynić cuda. Gdy w ubiegły weekend swą strzelecką niemoc przełamał Isco, niestroniące przecież od szydery, Santiago Bernabeu zaniosło się gromkim "Isco!!!" jakby wychowanek Valencii zabawiał strzelaniem goli stołeczną publiczność nieprzerwanie od 20 spotkań. W tym samym meczu drogę do siatki odnalazł Illarramendi. Uczynił to po raz pierwszy w historii swych ligowych występów i po raz drugi w całej swej profesjonalnej karierze. Co istotne - po raz drugi w Madrycie. W Donostii, gdzie finalizacja ofensywnych działań jest ściśle zastrzeżona dla ofensywnego kwartetu, snajperskich zdolności nie wykazywał. Największym sukcesem sztabu szkoleniowego jest jednak tak naprawdę przemiana jaka zaszła u Benzemy. Z zawodnika stanowiącego "mniejsze zło" od coraz bardziej nieskutecznego Gonzalo Higuaina, Francuz przekształcił się w wszechstronną, nowoczesną "9". Nie tylko częściej trafia do siatki rywali, ale pod wyraźnym wpływem Zidane'a zwiększa wachlarz swoich zagrań - chętniej gra tyłem do bramki, rozgrywa (już wykreował tyle okazji co w całym poprzednim sezonie), podaje na większym ryzyku, ale celniej. Plotki o Robercie Lewandowskim umarły śmiercią naturalną, ale wieści o sprowadzeniu Falcao, Cavaniego czy Ibrahimovicia od jakiegoś czasu również nikt nie podaje dalej, a przyczyna takiej sytuacji jest jasna.

Działając dla dobra drużyny i realizując w spokoju swój plan Carlo Ancelotti nawet nie musiał swoich podopiecznych specjalnie nastrajać na 3 mecze bez swojego genialnego goleadora, którego absencja odcisnęła piętno jedynie na jego indywidualnych statystykach. Każdy kto pamięta choćby zeszłosezonowe 0:0 i męczarnie na El Sadar, widząc rezultaty spotkań z Villarreal, Getafe i Elche czuje wręcz namacalną różnicę.


Osasuna 0-0 Real Madrid przez fasthighlights-2012

Stairway to heaven?

Zwycięstwo w LM przy tak wyrównanej stawce to sprawa niezwykle złożona, podlegająca zbyt wielu zmiennym, by już na tym etapie rozgrywek ferować zdecydowane wyroki. Na krajowym podwórku sytuacja jest dużo bardziej klarowna. Trójka potentatów w tym sezonie traciła i być może dalej będzie solidarnie tracić punkty w spotkaniach z drużynami z reszty stawki, uciekając od jakiegokolwiek klucza w tej materii. O kolejności w tabeli po rundzie jesiennej decydowały jednak koniec końców bezpośrednie spotkania pomiędzy Realem, Barceloną i Atlético. Wszystko wskazuje na to, że podobnie będzie i tym razem.



Nie bez znaczenia jest fakt, że Real wspomniane pojedynki rozegra w najbliższych tygodniach, znajdując się na fali wznoszącej, a ostatnie 5-6 kolejek, z uwagi na klasę rywali, będzie mógł potraktować ulgowo. Rywale takiego komfortu mieć nie będą i ich konfrontacja w 38. kolejce, która miała elektryzować cały kraj i przesądzić o tytule, może się wkrótce okazać rozszarpywaniem padliny, po tym jak Los Merengues wezmą dla siebie to co najlepsze.

Jego vis-à-vis zaczynają odchodzić od zmysłów. Bezradny Gerardo Martino ponosi klęskę na Estadio Anoeta, zostaje odesłany na trybuny za nazwanie arbitra głupcem, a po meczu mówi, że jego decyzje "prawdopodobnie były błędne". W międzyczasie podejmuje rozpaczliwą próbę poprawienia morale w drużynie zapraszając zawodników na grilla. Diego Simeone by zatuszować coraz bardziej mizerną grę swoich podopiecznych i swe pomyłki przy wyborach personalnych (forsowanie Diego) powraca do swoich ulubionych opowieści o ekonomicznej przepaści między czołową dwójką a jego klubem. A Ancelotii? On dalej niewzruszony gra swojego wolnego bluesa, a jego nieoczywistą melodię podchwycili w ostatnich tygodniach już niemal wszyscy. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook