Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 28 czerwca 2013

Być jak Sorin Oproiescu

fot. fussball-talente.com
Życie studenckie dobiegało końca, a marzenia o piłkarskiej karierze Sorin Oproiescu spełniał tylko co czwartek na rumuńskim odpowiedniku orlika. Wciąż miał jednak ten piękny sen o profesjonalnym graniu i, w przeciwieństwie do nas, ludzi okupujących siedziska, stanowiska, kanapy, laptopy i telewizory, postanowił go urzeczywistnić. Czemu zatem mu go niszczymy?

"Oszust", "cwaniak", "zagadka" i "amator" to określenia, jakie znalazły się na stronach polskich mediów jeszcze zanim Rumun dostał szansę w zremisowanym sparingu z Zawiszą Bydgoszcz. Wszedł krótko po przerwie, ale Franciszka Smudy nie zachwycił ani swoją grą, ani stylem wchodzenia po schodach na obiekcie w Grodzisku Wielkopolskim. Po kilku treningach i utarczkach z mediami wraca do kraju na tarczy, ale wszyscy ci, którzy tak wyszydzali jego podchody pod profesjonalny futbol, powinni mu w gruncie rzeczy zazdrościć.

Być jak Patryk Małecki

Już pal licho, że to Oproiescu ścigał się na treningach z coraz wolniejszym Arkadiuszem Głowackim, podawał na skrzydło do Patryka Małeckiego, wsłuchując się w jego wiązanki, starał się wychwycić o co chodzi Smudzie z tymi kornerami. Tak dziennikarze, jak i kibice to w gruncie rzeczy legiony niespełnionych piłkarzy, ludzi, którzy tylko w rzadkich przypadkach otarli się o profesjonalny futbol w podobnym stopniu co Rumun. Kilka dni na obozie, treningi, zainteresowanie mediów, wreszcie sam mecz...

- Te testy w Wiśle to najważniejszy okres mojego życia - mówił dla "Faktu" Sorin Oproiescu - Cały czas motywuję się tym, że mogę być częścią wielkiego klubu, z niezwykłą historią i wspaniałymi kibicami. To byłoby coś wspaniałego.

Futbol, jeśli jeszcze nie wiecie, opiera się na ludzkiej naiwności. Kluby piłkarskie egzystują, bo miliony kibiców zaślepiło złudne wrażenie, że oto nadchodzi "nasz" sezon, to jest "ten" piłkarz, a własny szkoleniowiec jest "jedynym", który wie jak wygrywać. Wydawane są więc pieniądze na bilety, szaliki oraz nowe co sezon modele koszulek - w zamyśle marketingowców zapewne lepsze od poprzednich, prawda?

Założenie rumuńskiego studenta było banalne. Przecież w świecie futbolu nie tylko kibic daje się łatwo wykorzystywać, a zapewne znajdą się w naiwniacy - możliwie, że z gorszym od Oproiescu wykształceniem - których przekona nawet niezgrabnie zmontowany film. Chętnych do błyśnięcia własnym talentem piłkarskim na YouTube nie brakuje i chociaż wszyscy zdają się zaprzeczać, zawodników wciąż zatrudnia się na podstawie przeciętnej jakości materiałów video. Albo przynajmniej daje się im szansę.

Przypuśćmy na chwilę, że Sorin Oproiescu nie chciał wcale nikogo na wypasiony kontrakt naciągnąć. Może faktycznie jego kariera na wczesnym etapie została zatrzymana przez bolesną kontuzję, może wciąż przeszkadza mu były agent? Może rzeczywiście jest zdesperowany, by finansowo pomóc swojej rodzinie po śmierci ojca? Wysyłając więc prywatne wiadomości do tuzinów (setek?) agentów z całej Europy nagabywał ich licząc nie tyle na litość co... dziurę w systemie. Okazję do wskoczenia na poziom zawodowstwa, z którego później naprawdę niełatwo jest spaść. Okazję jakiej wypatruje czy wypatrywało wielu z nas.

Być jak Santiago Muñez

Miał on marzenie, choć inspiracje pozostają niejasne. Czy pozazdrościł głównej postaci głośnego, choć utopionego w lukrze filmu "Gol", który z ligi granej w parku gdzieś na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych ląduje w Anglii, w Newcastle i po chwili po plecach klepie go Alan Shearer? Może spojrzał na inną produkcję, inny futbol i skądinąd dużo ciekawsze dzieło pt. "Vince niepokonany" z Markiem Wahlbergiem, gdzie bohater lokalnie kopiący i rzucający jajowatą piłką w szarej, pogrążonej w kryzysie Philadelphii nagle staje się zawodowcem? W końcu mimo nieznacznych odstępstw od prawdziwej wersji tej świetnej historii, Vincent Papale naprawdę dostał się do zespołu Orłów po testach...

Może więc inspirował się Alim Dią, sztucznym krewnym George'a Weaha, pod którego podszył się jego agent, by przekonać menedżera Southampton, Graeme'a Sounessa, do zatrudnienia mniej znanego ale utalentowanego "kuzyna"? Sławom się nie odmawia i Senegalczyk przy niemałej dozie szczęścia w Premier League zagrał ponad kwadrans. I każdy chętnie zamieniłby się z nim miejscem, choćby dla momentu, w którym wchodzi się na boisko za Matthew Le Tissiera.

Przeszukując Europę w poszukiwaniu swojego "okienka transferowego" Sorin Oproiescu trafił na Kraków i jego "timing" nie mógł być lepszy. Wisła to klub jeszcze bardziej chaotyczny, niż wypowiedzi obecnie panującego tam szkoleniowca, gdzie zapotrzebowanie na piłkarzy jest spore. Po przepuszczeniu sporych pieniędzy właściciela i zmarnowaniu sporej części renomy ze zwycięstw z ostatniej dekady, "Biała Gwiazda" nie jest atrakcyjnym miejscem pracy. Skoro wobec milczącego telefonu na Reymonta zgłosił się ktoś tak zdesperowany, by dostać choćby szansę, czemu Wisła miała jej Oproiescu nie zaoferować?

Rumuński pomocnik, student i podróżnik wiedział, że ma jedną jedyną szansę. Tylko przy naprawdę sporej dozie szczęścia nikt by się w jego fałszywym CV nie zagłębił na tyle, by wyciągnąć prawdę. Ostatecznie zabrano się za filmik z jego umiejętnościami i już do końca swojej kariery Oproiescu będzie musiał liczyć, że nikomu z przyszłych pracodawców nie przyjdzie do głowy wpisywać w wyszukiwarkę jego nazwiska.

Być jak John McClane

My, niespełnieni futbolowi frustraci, dziś może mamy satysfakcję z faktu, że Rumun już opuścił zgrupowanie Wisły po internetowym dochodzeniu, gdzie na klubie niejako wymuszono odrzucenie oferty, która z każdej strony wyglądała absurdalnie. Do presji walki o kontrakt (spełnienie marzeń!) dołożono jeszcze kilka obserwujących występ Oproiescu kamer, ale sąd nad jego umiejętnościami - ich brakiem - wydano znacznie wcześniej. - Sam sobie winien - powiemy i tych słów... pożałujemy.

Bo wszyscy powinniśmy Oproiescu jeszcze przed meczem dopingować, by wypadł jak najlepiej. Cóż to by była za świetna historia, gdyby jednak okazał się na tyle dobry, by wzmocnić odradzającą się Wisłę Smudy! Cóż to by była za reklama dla ligi, która uratowałaby desperacko miotającego się po agentach utalentowanego, lecz niespełnionego piłkarza-amatora! Mówiący, że jest "wojownikiem", nie miał szans w tej walce z szydzącym kibicem, podobnie jak wcześniej Daniel Sikorski, Grzegorz Rasiak i inni wyśmiewani. Zanim jednak zgromadzona w Grodzisku garstka kibiców (z Franciszkiem Smudą na czele) osądziła, Oproiescu przypięto łatkę oszusta.

Czy jednak ktokolwiek powinien mieć do niego pretensje? Skoro już przy naborze do najmłodszych roczników akademii piłkarskich trenerzy mówią, że do windy na najwyższy poziom wsiądzie w najlepszym wypadku jeden z całej chmary dzieciaków, to trudno się dziwić, że Oproiescu chciał w stylu Johna McClane'a wskoczyć na nią z jednego z szybów wentylacyjnych. Może więc każdy sposób jest dobry, by spełniać własne marzenia? Koniec końców i tak najważniejsze jest, by do nich dążyć. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook