Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 31 maja 2013

Bez ściemy z tą Ligą Mistrzów

fot. skysports.com
Kwestia transferu Artura Jędrzejczyka wywołała spore poruszenie wśród kibiców i dziennikarzy. Zupełnie niesłusznie.

Jędrzejczyk - z dłuższymi bądź krótszymi przerwami - jest z Legią związany od 2006 roku. W polskiej Ekstraklasie, mimo niemłodego już wieku (rocznik '87), nie ma nawet setki występów. W reprezentacji zagrał dwa razy, zbierając nieco ponad 90 minut. Na miano naprawdę solidnego defensora zapracował właściwie dopiero w obecnym sezonie, na tyle skutecznie, że po raz pierwszy na zgrupowanie zaprosił go również Waldemar Fornalik. Oferta z dziesiątego zespołu ligi rosyjskiej wielu wydała się poniżej ambicji piłkarza. Warto sobie zadać pytanie: jakich ambicji?

Jędrzejczyk wygrał w Polsce wszystko, co do wygrania było. W tym sezonie Legia zdobyła dublet, więcej trofeów ugrać się już na krajowym podwórku nie da. Często podnoszonym argumentem przeciwko transferowi jest możliwość walki o Ligę Mistrzów, obrońcy i działaczom zarzuca się osłabianie zespołu przed ważnymi starciami w Europie. Rozgrywki Esktraklasy jeszcze się nie skończyły, a bębenek jest już podbijany. Oto tradycyjnie kibiców karmi się

złudną nadzieją na awans do Ligi Mistrzów.

Późną wiosną, ewentualnie wczesnym latem, dziennikarska narracja rokrocznie zaczyna budować mit kolejnego mistrza Polski, który "walczy o Ligę Mistrzów". Otóż warto sobie powiedzieć to wprost: żaden mistrz Polski o Ligę Mistrzów nie walczy już od dawna, mistrz Polski co najwyżej przystępuje do eliminacji, które zresztą noszą nazwę adekwatną, bo polegają na tym, że ów mistrz jest ze wspomnianej Ligi Mistrzów eliminowany.

W historii najnowszej najczęściej do eliminacji nadstawiała się przystępowała Wisła Kraków. Z początku szło dobrze, to znaczy co prawda w decydujących starciach porażka goniła porażkę, ale za to nasz mistrz ulegał Barcelonom i Realom. W piłce tak to już jest, że przegrana z potentatem nie boli - co innego odpaść z przeciwnikiem słabszym lub prezentującym podobny, wybaczcie sformułowanie, poziom, co innego zaś zderzyć się czołowo z klubem wielkim. Taka porażka to nie w kij dmuchał - dać się upokorzyć "Blaugranie", jest to, przyznacie, wyższy kaliber, niż smętne klapy z Levadią Tallinn czy Helsingborgsem. Zebrać baty od "Galacticos" - niemal powód do dumy, blizny i ślady po korkach można obnosić z dumą w sezonie ligowym. Wyobrażam sobie te dialogi między Szymkowiakiem i, dajmy na to, Reissem: - A w to miejsce, drogi Reksiu, o tutaj, kopnął mnie wtedy Beckham. Serce rośnie, prawda?

Trzeba też jednak wyraźnie powiedzieć, że dziennikarski

pęd ku Lidze Mistrzów udzielał się również klubowym działaczom.

Ci niemal zawsze sprawiali wrażenie, że nie tylko chcą podejmować tę zbyt ciężką rękawicę, nie tylko widzą na zwycięstwo szansę, ale są o zwycięstwie wręcz przekonani. Aby dopomóc temu przekonaniu (i losowi), stosowano różne wybiegi. Kiedy eliminacyjne podboje polskimi zasobami się nie udawały, sprowadzano zastępy zagraniczne. Kiedy tradycyjne hotele okazywały się pechowe, szukano takich w kształcie piramidy, które miały kumulować pozytywną energię. Niestety nawet nocleg w budynku wzorowanym na piramidzie Cheopsa w niczym piłkarzom nie pomagał, można odnieść wrażenie, że im nie pomogłoby już nawet nieustanne przebywanie w świątyni zaprojektowanej na planie sylwetki Messiego czy innego Ronaldo.

Za kilka miesięcy do zbiorowego portretu nieszczęść kwalifikacyjnych swoje maźnięcia dołoży Legia. W takiej sytuacji Jędrzejczyk musiał zadać sobie podstawowe pytanie: czy ja aby na pewno chcę się tymi farbkami upierniczyć?

Przełóżmy sobie dylemat zawodnika z polskiego na nasze. Załóżmy, że zarabiamy średnią krajową - czyli, w zaokrągleniu, jakieś 4 tysiące złotych. Oczywiście piłkarze Legii są powyżej średniej ligowej, ale myślę, że zważywszy na wypłaty zarobki graczy Polonii Warszawa, które pozostają na papierze i ani myślą się z tego papieru przenieść na inny, bardziej szeleszczący, nie ma co z poziomem płac szarżować. Wyobraźmy więc sobie miesięczną pensję w wysokości czterech patyków i perspektywę kolejnych 4-5 lat apanaży na podobnym poziomie, potem zaś konieczność szukania innej pracy. I w tym momencie pojawia się oferta zarobków kilka razy większych, załóżmy 20 tysięcy złotych. Jedyny minus: konieczność przeprowadzki. Na niezbyt długo, kilka lat, ot tyle, by sobie spokojnie dorobić. Zastanówcie się dobrze: zostalibyście w kraju? Ja już chyba znam odpowiedź. I wielu czytelników też ją zna, jak również zna wiele osób, które na taki zagraniczny kontrakt, tylko w innym zawodzie, dawno pojechało.

W sprawie Jędrzejczyka naprawdę nie ma sensu opowiadać o przywiązaniu klubowym, walce o wyższe cele - wyższych celów zwyczajnie u nas nie ma i jeszcze długo nie będzie. A że oddala to piłkarza od reprezentacji? Wystarczy spojrzeć, w jakim miejscu ta reprezentacja jest. Legionista dokonuje właśnie najbardziej racjonalnego wyboru z możliwych. Jeśli nie może awansować sportowo, przenosi się tam, gdzie będzie miał zapewniony przynajmniej awans finansowy. Czy odbiera swojemu dotychczasowemu klubowi szanse na Ligę Mistrzów? Nie bardziej, niż przez ostatnie kilkanaście lat robili to wszyscy odpowiedzialni za - kolejny raz przepraszam za wyrażenie - rozwój naszego futbolu.

Różnica jest taka, że dziennikarzom i działaczom żaden rosyjski klub kontraktu nie zaproponuje. Daniel Markiewicz
comments powered by Disqus
facebook