Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 30 lipca 2013

Beckham zbuduje imperium?

fot. goal.com
Mimo zakończenia kariery piłkarskiej jego misja za Oceanem dopiero się rozpoczyna. Wiele wskazuje na to, że zgodnie z przewidywaniami Major League Soccer spróbuje "wycisnąć" Anglika jak cytrynę i wykorzystać jego popularność do zbudowania klubu w Miami.

Nowy rozdział kariery może przynieść byłemu gwiazdorowi Los Angeles Galaxy miliony dolarów, a MLS kolejny stan, który posiądzie własną drużynę soccera.

Pomysł stworzenia zupełnie nowej franczyzy w Major League Soccer to nie nagły kaprys bogacza. Opcję zbudowania klubu od podstaw poprzez "wykupienie licencji" Beckham miał zapisaną już w kontrakcie, który podpisał w 2007 roku przechodząc do Los Angeles. Okazuje się zatem, że prócz gigantycznej kwoty, którą były kapitan reprezentacji Anglii otrzymał za samo podpisanie umowy (ok. 250 milionów dolarów) i wysokiego kontraktu (6 milionów rocznie), dostał również gwarancję potencjalnego długoterminowego zarobku. W USA był witany jak król i żegnany jak król:



Rzeczony zapis w umowie nie określał, w którym mieście "Becks" ma założyć klub - dopiero doniesienia sprzed kilku tygodni potwierdziły, że największe szanse ma Miami. Według Beckhama jest to miasto głodne piłki na wysokim poziomie i spragnione sportowych sukcesów, co widać po ogromnym zainteresowaniu koszykówką (Miami Heat) i futbolem amerykańskim (Miami Dolphins). Po ogłoszeniu stworzenia w Nowym Jorku klubu-satelity Manchesteru City, Miami wydaje się być jedyną rozsądną lokalizacją. Jesteśmy zainteresowani propozycją naszego gościa. To idealny rynek dla niego. Bardzo chcielibyśmy ponownie mieć klub w MLS, powiedział burmistrz hrabstwa Miami-Dade, Carlos Gimenez. Floryda to w tej chwili najlepsze miejsce na ulokowanie takiego zespołu.

Do dwóch razy sztuka

Nie jest to bowiem pierwsza próba stworzenia klubu piłkarskiego w tym mieście. W 1998 roku do rozgrywek młodej wówczas MLS dołączyło Miami Fusion, prowadzone przez argentyńskiego szkoleniowca Carlosa Cordobę. O sile tamtejszej drużyny stanowili piłkarze pokroju Carlosa Valderramy i Pablo Mastroeniego, co zaowocowało awansem do fazy play-off już w pierwszym sezonie. Z perspektywy czasu można stwierdzić, że właściciele Fusion wybrali się trochę z motyką na słońce - żądni spełnienia warunku stawianego przez ligę do otrzymania licencji, znaleźli piłkarski stadion w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów na północ Fort Lauredale. Mimo efektownego stylu gry i sporych sukcesów w ostatnim, jak się później okazało, sezonie istnienia klubu, na stadion przychodziło coraz mniej kibiców.



W związku z tym w styczniu 2002 roku Major League Soccer zredukowała ligę z 12 do 10 zespołów, nie przyznając licencji dwóm ekipom z Florydy - Tampa Bay Mutiny i... Miami Fusion. Oficjalnym powodem była właśnie niska frekwencja (średnio ok. 9 tysięcy widzów na stadionie w Fort Lauredale) i ogólnie nietrafiony wybór stadionu, który według ligi nie spełniał wyznaczonych standardów. Możliwe, że nie potrafiono zbudować wokół klubu grupy fanowskiej, czym po kilku latach od założenia może pochwalić się Seattle Sounders.

Soccer pod palmami?

Beckham, który z pewnością lekcje odrobił i prześledził historię fatalnego końca Fusion w MLS, nie chce powtórzyć błędów poprzedników. Z tego powodu jego pierwszym posunięciem w negocjacjach była wizyta na dwóch stadionach w Miami, położonych w zdecydowanie lepszej lokalizacji względem centrum miasta. Obiekt, na który zdecyduje się Anglik, będzie z pewnością rozwiązaniem tymczasowym i poprzedzi budowę zupełnie nowego stadionu.

Tymczasem "Becks" odwiedził Sun Life Stadium, na którym gospodarzem jest futbolowy gigant Miami Dolphins. Mogacy pomieścić 75 tysięcy kibiców kolos jest obiektem efektownym, ale jak na potrzeby MLS zbyt dużym - większość ligi gra na stadionach maksymalnie 20-25 tysięcznych i jest to najlepsze z punktu widzenia ekonomicznego rozwiązanie. Z tego powodu faworytem do goszczenia nowego klubu jest nowiutki stadion na Florida International University o pojemności 25 tysięcy miejsc. Inną zaletą FIU jest fakt, że 52 tysięcy studentów na uniwersytecie to Latynosi zakochani w piłce nożnej.

Według Josepha Goodmana z "Miami Herald" Beckham powinien przemyśleć ulokowanie swojego "dziecka" we Flamingo Park w Miami Beach (wyspa należąca do Miami, oddalona kilkanaście kilometrów od kontynentu - przyp. TP), przez co wykorzystałoby się efektowne położenie nad Oceanem i przyciągnęło młodych w tę część miasta. Nie opowiadajmy bzdur o możliwym zalaniu wyspy i rzekomo dalekiej odległości od centrum Miami, tłumaczy Goodman w swoim apelu do Beckhama. Kibice w Miami pojadą, by zobaczyć zwycięzców. Pojadą, by zobaczyć gwiazdy. Wiecie, gdzie na pewno się nie wybiorą? Na łatwo dostępny stadion, gdzie między meczami soccera gra drużyna NFL.

Pieniądze to nie problem

Beckham jest już po pierwszych, niezobowiązujących spotkaniach z miliarderem, Marcelo Claure. Boliwijczyk, który jest już właścicielem jednego klubu w swojej ojczyźnie, nie ukrywa, że jest zainteresowaniem stworzeniem klubu na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Kilka lat temu próbował tej sztuki samodzielnie, teraz ma okazję połączyć siły z autorytetem, jakim dla fanów soccera w Stanach stał się Beckham. Wsparcie finansowe miałoby zapewne pomóc w opłaceniu kosztów wynajmu tymczasowego stadionu oraz w budowie przyszłego zespołu - od kontraktowania zawodników po stworzenie odpowiedniego zaplecza szkoleniowego. Samo opłacenie licencji, która w tym przypadku może kosztować Beckhama ok. 25 milionów dolarów, nie powinno stanowić dla Anglika problemu.

Według spekulacji pierwsze wiążące decyzje mają zapaść już w ciągu kilku tygodni - pozostaje tylko wybrać odpowiedni moment na ogłoszenie wejścia w ten biznes i podanie daty startu nowego klubu w rozgrywkach MLS. Bo pewne jest, że wielki soccer w Miami będzie. Pytanie tylko, kiedy. Podobnego zdania jest Don Garber, komisarz Major League Soccer:







Beckham zdaje sobie sprawę, że aby odnieść sukces i zbudować klub w Południowej Florydzie na lata, klub musi zwyciężać. Sukcesy przyciągnęły rzesze fanów na mecze Miami Heat. Marlins, miejscowy klub bejsbolowy, który z różnym szczęściem radzi sobie w lokalnych rozgrywkach, nadal tych fanów próbuje zyskać. Inną kwestią ważną dla Anglika jest fakt, że jest to znakomity sposób na kontynuowania kariery i zarabiania na sporcie, nawet mimo zawieszenia butów na kołku. Powiedzmy sobie szczerze - czy biorąc pod uwagę jego medialność i potencjał marketingowy można było sądzić, że tak po prostu odejdzie? Tobiasz Pinczewski
comments powered by Disqus
facebook