Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 8 lipca 2014

Argentyńska flegma

Leo Messi. fot. goal.com
Paradoks mundialu: bardzo ładny turniej może wydać drętwego mistrza świata.

Argentyna wygląda jak efekt skrzyżowania finalistów poprzedniego mundialu – hiszpańskiego jednozeryzmu i holenderskiego minimalizmu. Nie ma w tym zbyt wielu momentów intensywnej gry, nie widać parcia na gole, a kolejne mecze nie stanowią okazji do zademonstrowania siły drużyny. Argentyna jest flegmatyczna, wyrachowana i niechętna do podejmowania ryzyka. Robi tylko tyle, ile musi – przyzwoicie gra w obronie, powoli zbiera się do ataków i cierpliwie czeka na wyprowadzenie zwycięskiego ciosu. Gdyby Argentyna była skoczkiem wzwyż, to każdą wysokość pokonywałaby niemal bez zapasu, trąc spodenkami o poprzeczkę.

Najczęściej wyprowadzał go Leo Messi, od którego uzależniona jest cała gra reprezentacji Argentyny. Zadanie ma znacznie trudniejsze niż w najlepszych czasach ostatniej Barcelony, bo gra ze słabszymi partnerami. Widać to przede wszystkim po konstrukcji środka pola – w kadrze ma mało kreatywnych Javiera Mascherano i Fernando Gago, a w Barcelonie byli wybitnie prowadzący ataki Xavi i Andres Iniesta. Nawet jeśli uwzględnimy, że dobrą formę na mundialu prezentował Angel di Maria, a Sergio Aguero, Gonzalo Higuain, czy Ezequiel Lavezzi mają spory potencjał, to i tak porównanie umiejętności wypada na korzyść Barcelony.

Jeśli przyjmiemy założenie, że Messi musi poprowadzić Argentynę do mistrzostwa świata, by zasłużyć na miano piłkarza wszech czasów, to na razie cała drużyna skonstruowana jest tak, by sukces miał jednego twórcę i wielu najwyżej pomocników. Zwłaszcza w obliczu kontuzji di Marii, która znacznie osłabia siłę argentyńskiego ataku. Takie założenie nie musi być słuszne, Messi zdobył sukcesy, których nie osiągnęli Pele i Diego Maradona, lecz uzależnienie wielkości zawodnika od sukcesów reprezentacyjnych jest bardzo popularne.

W cieniu Messiego pozostaje selekcjoner Alejandro Sabella – nikt nie ma wątpliwości, kto jest najważniejszy – który stoi przy linii, burczy coś pod nosem, czasami machnie rękoma, ale mam wrażenie, że działa zgodnie z zasadą zaczerpniętą z medycyny. Primum non nocere – po pierwsze nie szkodzić. Nie ma w sposobie gry Argentyny żadnych wynalazków, niczego zaskakującego, wszystko jest dość przewidywalne. Gdy raz Sabella próbował zaskoczyć, wysyłając na mecz z Bośnią trójkę obrońców, to szybko musiał wycofać się z tego pomysłu. Okazało się, że gra jest bezproduktywna, za mało płynna i za wolna nawet na argentyńskie standardy z tego turnieju.

Sabella nie jest typem wynalazcy, sprawia wrażenie wycofanego, co nie musi być wcale wadą. Różne drogi prowadzą do sukcesu, wcale nie trzeba być Louisem van Gaalem, żeby go osiągnąć. Czasami wystarczy podejmować oczywiste decyzje, a nie kombinować bez potrzeby. Przynajmniej wtedy, gdy są wyniki. Argentyna nie zachwyca, ale je ma. Ciekawie będzie dopiero, gdy mecz wymknie się jej spod kontroli, gdy zamiast zwalniać grę, będzie trzeba ją przyspieszyć, by dopaść rywala. Wtedy okaże się, czy Sabella oprócz tego, że nie szkodzi, to może też pomóc.

Gdyby mundialową Argentynę sprowadzić do jednej akcji, to naturalnym wyborem byłoby bramkowe natarcie z meczu z Belgią. Był w nim i indywidualny popis Messiego, i aktywny di Maria, i szczęście wymieszane z przypadkiem, i gapowatość rywali, i z zimną krwią wykorzystana – wreszcie przez Higuaina – okazja do zdobycia gola. Niby całkiem niezłe składniki, lecz można tę akcję oglądać bez końca, a i tak pozostanie się z wrażeniem, że to było coś z niczego. Tak jak cały sukces Argentyny na mistrzostwach. Nie chodzi oczywiście o potencjał, ten jest olbrzymi, ale o grę, która cały czas nie zapowiada niczego wielkiego, ale ciągle daje zwycięstwa.

Może właśnie w tej oszczędności jest metoda na wygranie mundialu. Na razie wystarczyło, by prześlizgnąć się do strefy medalowej, w której Argentyna nie była od 1990 roku. Dla wielkiej futbolowej potęgi to policzek, bo w tym czasie do półfinałów mundialu dotarły Szwecja, Bułgaria, Chorwacja, Turcja i Korea Południowa. To najczęściej były sensacje jednego turnieju, wszystkie o znacznie mniejszym potencjale, pozycji i ambicjach od Argentyny.

Argentyńczycy rozpoczęli mundial bardzo powoli, przyspieszają wolno, ale wraz z rozwojem turnieju i rosnącymi wymaganiami stawianymi przez rywali. Tak się ułożył turniej, że ci są z każdym meczem coraz lepsi – od onieśmielonej debiutem na mistrzostwach świata Bośni i Hercegowiny aż po widzianą na podium Belgię. Teraz przed Messim i spółką kolejny krok. Holandia przeżywa na tym mundialu różne chwile, potrafi rozbić wielkiego rywala, by męczyć się z teoretycznie słabszym, lecz dotychczasowa drętwa gra Argentyny może na nią nie wystarczyć. Takich wymagań nikt jeszcze przed nią nie postawił. Bartosz Wlaźlak
comments powered by Disqus
facebook