Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
czwartek, 31 października 2013

Argentyńczyk pomaga
Chilijczykowi

foto: skysports.com
Barcelona w sobotni wieczór pokonała swojego najważniejszego przeciwnika - Real Madryt, a decydujący cios zadał Królewskim Alexis Sanchez. I, jak się okazuje, nie był to raczej przypadek.

Gdy rozpoczynał się obecny sezon, niewielu zazdrościło sytuacji Barcelonie - choroba pierwszego trenera Tito Vilanovy, sięgnięcie po nieznającego europejskich realiów Gerardo Martino, wojna buldogów na górze, to raczej nie był przepis na sukces. Do tego wszystkiego, w mediach starano się jak najbardziej odwrócić kota ogonem i transfer Neymara postawić w świetle domniemanego konfliktu Brazylijczyka z największą gwiazdą klubu - Leo Messim.

Oliwy do ognia dolewał również pierwszy kataloński ideolog Johan Cruijff, który otwarcie przyznał, że Blaugrana mająca w swoich szeregach Neymara, powinna sprzedać Messiego. Jeden z drugim grać razem nie może. Źle się działo w państwie katalońskim. Początkowe wyniki, choć zadowalające, nie dawały pełnego optymizmu kibicom, Azulgranie przyszło się bowiem mierzyć z drużynami z dołu tabeli, a bardziej wymagający przeciwnicy jak Valencia, czy Sevilla prowadziły z Barceloną raczej wymianę ciosów niż kurczowo trzymały gardę.

Argentyńskie zmiany

Jednak w pewnym momencie Barcelona pod wodzą Gerardo Martino zaczęła grać coraz lepiej, miała widoczną kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi, a postawa zawodników w końcu dała kibicom powody do optymizmu. A pozytywny przekaz zaczął też bić z szatni Blaugrany. - Im więcej wariantów mamy, tym lepiej. Będą mecze, gdy lepszą opcją będzie przytrzymywać piłkę, a innym razem wybierzemy parkowanie autobusu i szukanie kontrataków - mówił w wywiadzie dla Marki Leo Messi.

Gerardo Martino nie zrewolucjonizował gry Barcelony, ale wprowadził kilka udoskonaleń, które nie zawsze widoczne są gołym okiem. Pozornie wszystko wygląda tak samo, drużyna z Camp Nou ciągle może pochwalić się ponadprzeciętnym posiadaniem piłki (66,7%), ustępując tylko Bayernowi Monachium, u którego zawodników, pod batutą Pepa Guardioli, futbolówka krąży przez 71,2% spotkania. Z kolei wyjazdowe spotkanie z Rayo Vallecano, gdzie Barcelona miała piłkę przez tylko 45% meczu może uchodzić za sprawę lekko zakłamaną, drużyna z Vallecas najczęściej podawała na własnej połowie i w ten sposób wyśrubowywała procenty, które w żaden sposób nie przełożyły się później na wynik końcowy (4:0 dla Barcelony).



Należy tutaj jednak zadać sobie pytanie: czy Blaugrana, ta z czasów Guardioli i Vilanovy, mogłaby w ogóle dopuścić do takiej sytuacji? Z jednej strony wiemy, że esencją gry ofensywnej Barcelony było krótkie podanie, z drugiej zaś, abstraktem obrony Azulgrany był intensywny pressing na połowie rywala, dzięki któremu szybko odzyskiwano piłkę. Simon Kuper, pisząc o kluczowych elementach gry Barcelony w kwartalniku "Blizzard", wspomina o czterech katalońskich fundamentach.

To sprawiało, że Barca była Barcą

Po pierwsze, Barcelona ruszała z pressingiem zaraz po stracie piłki, gdy przeciwnik jest najbardziej zmęczony i nie przestawił jeszcze swojego myślenia na budowanie akcji. Po drugie, gdy w przeciągiu pięciu sekund nie udało się odzyskać piłki, Barca wracała się na własną połowę i budowała solidny blok obronny tak, by odległość między zawodnikami była jak najmniejsza.



Gdy drużyna dostrzeże możliwość odzyskania piłki, wtedy jeden z zawodników rusza do przodu, a będąca za nim trójka tworzy swego rodzaju pierścień dając pewną formę zabezpieczenia. To zasada trzecia, tzw. "1+3". Barcelona odzyskawszy piłkę nie pędzi na bramkę przeciwnika, woli raczej w ulubiony sposób rozgrywać akcję, gdzie jednak losy pojedynczego zagrania muszą się ważyć w mniej niż sekundę. To zasada ostatnia, czwarta, ale chyba najważniejsza. Nie każdy dobry piłkarz może grać w Barcelonie. Jeżeli ktoś potrzebuje dłużej niż sekundę na zastanowienie się - wypada z zespołu.

Tak grająca Barcelona nie byłaby w stanie odpuścić rywalowi posiadanie piłki, skutecznie wydusiłaby z Rayo jakąkolwiek chęć jej rozgrywania. Tata Martino musiał więc coś zmienić. Przede wszystkim, Barcelona nie jest tak dogmatyczna w kwestii pressingu i linii obrony. Dość często możemy dziś zauważyć, że Blaugrana gra niżej niż w latach poprzednich, dostosowując się do wysokości drużyny rywala, nie dąży zaś sama do zepchnięcia przeciwnika na jego połowę. Jest to swego rodzaju element reaktywny, odmienny od dotychczasowego, na wskroś aktywnego. Agresywne podejście do rywala nie występuje na całej przestrzeni meczu, raczej nadchodzi falami i zależy od warunków spotkania i tego, na ile pozwoli przeciwnik.

Trzy (podania) pionowo

To powoduje, że otwierają się możliwości gry wertykalnej, do której Martino, jako uczeń Marcelo Bielsy, ma najpewniej szczególne upodobanie. Możemy zauważyć dziś, że Barcelona potrafi wymienić kilka podań stricte do przodu i taką krótką akcję zakończyć strzałem, co Messi nazwał "parkowaniem autobusu i szukaniem kontrataków". Nie oznacza to jednak, że Barcelona zrezygnowała całkowicie z dopieszczania ataku pozycyjnego - statystyki przecież nie kłamią. Chodzi tu jednak o to, że to jest tylko jeden ze sposobów pokonywania rywala, a nie ten jeden jedyny, pozbawiony planu B modus operandi.


Kontrataki Barcelony 13/14

- Tata ma tę samą filozofię gry, chce utrzymywać się przy piłce, ale ma inne opcje, co jest dobre, bo daje nam alternatywy. Gdy przeciwnik na nas napiera, nie ma nic złego w zagraniu długiej piłki od czasu do czasu. To zmienia tempo gry i daje nam odetchnąć - mówił Gerard Pique w wywiadzie dla La Gazzetta dello Sport.

Jednak nie tylko Messi i Pique skorzystali na przyjściu Martino do Barcelony. Niespodziewanie, jednym z kluczowych zawodników Blaugrany w tym sezonie stał się ten, którego z Camp Nou wielu chciałoby przepędzić, a każdy kupiec byłby witany z otwartymi ramionami. Mowa tutaj o Chilijczyku Alexisie Sanchezie, który w tym sezonie, jeśli chodzi o klasyfikację kanadyjską ustępuje tylko Messiemu (12) i Neymarowi(9), bezpośrednio uczestniczył bowiem w ośmiu bramkach swojego zespołu w La Liga.

Sanchez byłby z chęcią żegnany z Katalonii głównie przez to, że nie potrafił dostosować się do zasady jednej sekundy. W przeciwieństwie do wychowanka La Masii - Pedro, Chilijczyk nie chciał grać prostej piłki, zawsze szukał innego wyjścia, zamiast podawać - dryblował, a zamiast strzelać - dryblował. A nie wychodziło mu też to najlepiej, bo z utrzymaniem formy problemy miał największe, co budziło dookoła jedynie frustracje. Tak kłopoty Sancheza w Barcelonie diagnozuje Michael Cox z bloga Zonal Marking, gdzie w jednym z wpisów pochyla się nad nową grą ekipy z Camp Nou.

Od pucybuta do milionera

Chilijczyk nieswojo czuł się, gdy zawsze miał przed sobą 10 piłkarzy przeciwnika, a w takiej sytuacji znajdował się każdy piłkarz Barcelony będący akurat w posiadaniu piłki. Próby minięcia przeciwnika w takim układzie zawsze są bezcelowe, ale Sanchez wiedział swoje - to w końcu jest jego naturalna gra. Gdy tylko otrzyma podanie, mija rywala i próbuje uderzyć - tak w końcu wprowadził Chile do Mistrzostw Świata w Brazylii, gdzie drużyna pod wodzą Jorge Sampaoliego atakować będzie strefę medalową - czy to się uda, zobaczymy już niedługo.

Ważna jest osoba selekcjonera reprezentacji Chile, Sampaoli to zdobywca mistrzostwa kraju i Copa Sudamericana z drużyną Universidad de Chile, a te trofea zdobył grając piłkę ultraofensywną, z wysokim pressingiem i skupieniem na grze wertykalnej. Wypisz, wymaluj - bielsizm. Ten sam styl gry Sampaoli przeniósł później do reprezentacji, gdzie jedną z głównych postaci jest właśnie Alexis Sanchez.



Verticalidad jest naturalnym środowiskiem dla Chilijczyka. Jak mało kto, potrafi on bowiem znaleźć sobie odrobinę wolnej przestrzeni pomiędzy obrońcami i czekać na otwierające podanie. Drybling w biegu to jego mocna strona, a i wykańczaniem akcji Sanchez nie może się powstydzić. Nie miałby jednak miejsca w drużynie Sampaoliego, gdyby nie umiejętności gry w obronie - napastnik jest bowiem rozliczany również z walki o odbiór piłki, zarówno poprzez zamykanie opcji podań, jak i odbiór bezpośredni.

I dokładnie taka gra dała Sanchezowi uznanie i szacunek w Barcelonie pod wodzą Gerardo Martino. Chilijczyk piłkę odbiera średnio 2 razy na mecz, a w drużynie zajmuje w tej kategorii szóste miejsce, jako pierwszy zawodnik ofensywny.

Papierkiem lakmusowym gry Sancheza w tym sezonie było wejście do gry w El Clasico, kiedy Barcelonie wymykało się z rąk jednobramkowe prowadzenie. Od razu po wejściu, Sanchez ruszył z pressingiem, a gdy zobaczył, że te próby okażą się raczej daremne, wezwał kolegów do powrotu na własną połowę. Gdy tylko stracił piłkę, natychmiast próbowal ją odebrać. Bogowie futbolu okazali się dla niego przychylni, bo już po kilku minutach spędzonych na boisku, zesłali mu za sprawą Neymara świetne prostopadłe podanie, które to Sanchez opanował, odtrącił obrońcę i fenomenalną podcinką posłał nad wysuniętym Diego Lopezem.

- Zawodnicy z wspaniałymi umiejętnościami osiągają sukcesy dla siebie, nie dla mnie. Nie miałem żadnego udziału w ich występie. Alexis gra dobrze od ostatniego sezonu. Jeśli jednak ten występ poprawia jego sytuację i inni to zauważają - niech tak będzie. Sanchez ma dużą pewność siebie i jest gotowy, by występować na najwyższym szczeblu. W Glasgow był bardzo ważną postacią w meczu zaraz po wejściu z ławki i tak samo było dzisiaj - komentował zaraz po El Clasico występ Chilijczyka trener Gerardo Martino.

Mówiąc o meczu w Glasgow, argentyński szkoleniowiec miał na myśli starcie z Celtikiem, gdzie zaraz po wejściu Sanchez zanotował asystę, świetnie wystawiając się do podania Neymara.

Na tę chwilę, Sanchez doskonale wykorzystuje każdą okazję gry w Barcelonie, a w sytuacji gdy trener szuka rozwiązań dając możliwość wykazania się każdemu zawodnikowi, Chilijczyk jest dodatkowo zmotywowany, by Martino najzwyczajniej się odwdzięczyć. I choć to dopiero początek wspólnej pracy obydwu Panów, to już obaj pewnie liczą na to, by z tej mąki wyrósł jednak dorodny chleb, bo dotychczas gra Sancheza przypominała raczej zakalec. Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook