Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 18 października 2013

A czemu nie Paweł Janas?

fot. goal.com
Tytułowe pytanie to oczywiście żart. Ale Janas ostatecznie jednak awansował na mistrzostwa, choć podobno jego zespół również nie miał stylu. Za to miał Frankowskiego - czy on dał więcej drużynie niż Lewandowski? Chyba nie, ale miał większy wpływ na wyniki meczów.

Zanim jednak pierwszy protegowany Antoniego Piechniczka wywalczył udział w Mistrzostwach Świata, przerżnęliśmy koncertowo eliminacje do Euro 2004 (z drobnym udziałem Zbigniewa Bońka, który zastosował wtedy proponowane obecnie przez niektórych 3-5-2). Niesamowite baty zebraliśmy wtedy od Szwedów w obydwu meczach, w których prezentowaliśmy się mniej więcej tak jak teraz w meczu z Anglią. Na dodatek Jerzy Dudek wpadł z piłką do bramki.



Ale to nie on był głównym winnym, a fatalnie grająca defensywa i niewiele lepsza pomoc (brzmi znajomo?). Natomiast nawet gdy Janas wygrywał z Austrią czy Walią, to cały czas mówiło się sporo o tym, że ten zespół nie ma stylu. Wtedy Polska grała głównie z kontrataku, sporo zależało od tego, co indywidualnie pokażą skrzydłowi (zwykle Kosowski i Krzynówek). Janas miał też furę szczęścia - powołał na chybił trafił Smolarka, ten momentalnie zdobył gola. Powołał nielubianego, ale wpychanego do kadry Frankowskiego, a ten przesądził swoimi golami o wynikach kilku meczów, choćby z Austrią i Walią. Cała ta fasada zawaliła się na mistrzostwach (na które, co warto przypomnieć, Frankowski już nie pojechał), a Janas wysłał na konferencję prasową kucharza.

***

Ale to właśnie Janas ostatecznie awansował na MŚ, bo wystawia (niezbyt chętnie) Frankowskiego. Fornalik miał Lewandowskiego, który jest o lepszym piłkarzem od Frankowskiego, ale czy lepszym napastnikiem? Nawet jeśli tak, to obecnie w reprezentacji Polski pełni wiodącą rolę, jest rozpoznawalny i obrońcy skupiają się na nim maksymalnie (zwłaszcza odczuł to w meczu z Ukrainą), a że chce brać odpowiedzialność za grę, to często cofa się po piłkę i rozgrywa głębiej lub nawet próbuje akcji indywidualnych. Frankowski nigdy nie był takim typem zawodnika, w obronie też za dużo się nie udzielał - za to zawsze czekał na podania i miał niesamowite wyczucie pozycji, prawie jak Inzaghi. Lewandowski jest wszechstronniejszy, ale nie ma takiego instynktu strzeleckiego. Inna sprawa, że Frankowski wtedy miał 29 lat i spore doświadczenie, również z gry w europejskich pucharach. Lewandowski będzie jeszcze lepszy, ale dopóki będzie częściej niż w klubie zmuszony do gry indywidualnej, dopóty będzie miał niższą skuteczność.

***

Niezłym dowodem na indolencję Fornalika jest jego zmiana na pozycji lewego pomocnika, jakiej dokonał podczas meczu z Anglią. Mecz zaczęliśmy od bardzo głębokiego ustawienia całego zespołu, z myślą o grze wyłącznie z kontrataku. W pierwszym składzie rozpoczął mecz Sobota, który jest świetny w grze z kontry, ale i w ataku pozycyjnym obecnie radzi sobie całkiem dobrze. W spotkaniu z Czarnogórą to on parokrotnie rozgrywał klepki z Lewandowskim, po ich akcjach gol dla Polski wisiał na włosku. Sobota ma smykałkę do gry kombinacyjnej, poza tym schodzi do środka pola - nie tylko z piłką, ale po prostu po to, by stworzyć tam przewagę liczebną.

Natomiast gdy w drugiej połowie było już wiadomo, że trzeba będzie spróbować ataku pozycyjnego, przy wyniku 1:0 dla Anglii, na boisko wszedł Sławomir Peszko. Peszko, którego największą zaletą jest szybkość, za to trudno dopatrzeć się innych. Były lechita podaje bardzo niedokładnie (przy nim Mierzejewski wygląda na mistrza podań), w każdej akcji holuje piłkę do ostatniego momentu (albo i dłużej, co owocuje stratą), jest tyleż zaangażowany w obronę, co zupełnie niezorientowany, jak się ustawiać i kogo aktualnie kryć. Ta zmiana nijak się miała do przewidywanej zmiany w stylu gry. Trudno się dziwić, że w drugiej części spotkania graliśmy jeszcze gorzej niż w pierwszej i to pomimo paru niezłych zagrań Klicha.

***

Tak naprawdę narodowość selekcjonera nie ma najmniejszego znaczenia. Najważniejsze jest, by miał charakter i autorytet, umiał ocenić potencjał i formę zawodników, oraz - co chyba najważniejsze - doceniał znaczenie takich niuansów jak ten powyżej. Lub miał od tego kogoś w sztabie. Duet w stylu Klinsmann-Löw byłby idealny. Dawid Jankowiak
comments powered by Disqus
facebook