Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 5 lipca 2013

5 największych niewypałów w historii MLS

fot. MLSSoccer.com
Major League Soccer ma już 17 lat i przy całym swoim sukcesie nie obyło się bez porażek. Kto zapisał najbardziej niechlubną kartę w historii amerykańskiej piłki?

1. Bora Milutinović jako trener MetroStars

Miały być cuda, skończyło się na wielkiej klapie. Serb prowadził reprezentację Stanów Zjednoczonych w trakcie historycznego mundialu w 1994 roku, awansując do fazy pucharowej. Na następnym mundialu prowadził już Nigerię, z którą również wyszedł z grupy. Po zakończeniu mistrzostw wrócił jednak do Stanów, by prowadzić MetroStars, klub z Nowego Jorku z wielkimi ambicjami. Ostatecznie o mało co nie doprowadził do katastrofy, kończąc sezon z bilansem 7 zwycięstw - 25 porażek. Najskuteczniejszy zawodnik zajmował miejsce w trzeciej dziesiątce listy najlepszych strzelców.



Jeszcze zanim Bora wyleciał z klubu, zdążył zakontraktować Lothara Mattheusa. Fakt, że w sezonie 2000 Niemiec zagrał w zaledwie 16 spotkaniach, to już zupełnie inna historia.

2. Sezon 2001 w wykonaniu Tampa Bay Mutiny

27 spotkań, w tym tylko dwa zwycięstwa i dwa remisy. Zawstydzająca seria 11 porażek z rzędu doprowadziła ten zespół na samo dno tabeli konferencji, złożonej wówczas z ośmiu drużyn. 14-punktowa zdobycz pozwoliła Mutiny na dzierżenie niepobitego już od 12 lat rekordu najmniejszej ilości punktów w ciągu całego sezonu.



Klub istniał zaledwie sześć lat, a swoją działalność zakończył w... 2001 roku, ale nie z powodu fatalnego sezonu, ale w braku porozumienia z właścicielami stadionu. Wszystko ma jednak swoje dobre strony: swoją kartę w historii klubu zapisał słynny Carlos Valderrama, a niepobity do dzisiaj rekord strzelecki ustanowił w barwach Mutiny Roy Lassiter (w 1996 roku, 27 bramek).

3. Koszulki klubów MLS z lat 90.

Dzięki "projektantom" wiernym zasadzie "na koszulce musi się coś dziać" mieliśmy na początku istnienia Major League Soccer niezwykle bogatą galerię osobliwych trykotów. Ciężko rozstrzygnąć, czy brzydsze były koszulki Los Angeles Galaxy z sezonu 1996 (dzięki swojej zróżnicowanej kolorystyce widoczne chyba z kosmosu), czy tęczowe pasy Sportingu Kansas City. Swój kolejny niewypał notuje tutaj również Tampa Bay Mutiny - wystarczy wyobrazić sobie czuprynę Carlosa Valderramy i pstrokate niebiesko-białe barwy. Wygrywają jednak ci, którzy wrzucają wielkie logo klubu na sam środek koszulki - przez to nie tęsknimy za strojami Colorado Rapids.



4. Nikolas Besagno i inne nieudane wybory w drafcie

Freddy Adu zrobił swoje. Przez kilka sezonów szerzył popularność soccera w Stanach, został namaszczony przez Pelego na przyszłego króla futbolu, pobił kilka rekordów. Dzisiaj jest już przegrany, jednak w dłuższej perspektywie można stwierdzić, że przysłużył się sprawie. Więcej oczekiwano po Niku Besagno, którego Real Salt Lake wybrał w wieku 16 lat z numerem 1 w pierwszej rundzie draftu. Miał być "drugim Adu", Jego talent zdążyli zauważyć twórcy Football Managera, jednak nie minęło kilka lat, a Real pozbył się go na rzecz przeciętnych klubów z niższych lig. Niestety, w tym przypadku amerykańskie media znów osiągnęły mistrzostwo w pompowaniu balonika. Brad Guzan, Chris Rolfe i Michael Parkhurst, których Besagno wyprzedził w ówczesnym drafcie, zdecydowanie lepiej poprowadzili swoje kariery.

Ciekawa stawka aspirujących do gry w MLS zebrała się w 2004 roku. I tutaj nie obyło się bez chybionych wyborów. Spośród trójki Clint Dempsey-Michael Bradley-Joseph Ngwenya LA Galaxy wybrali... tego ostatniego. O ile poradził on sobie całkiem nieźle w pierwszym sezonie (17 bramek), to od drugiego wszystko zaczęło lecieć na łeb, na szyję. Grał dla trzech klubów, jednak dziś nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie Ngwenya kontynuuje karierę.

Joseph jeszcze za swoich najlepszych czasów:



5. Rafael Marquez w New York Red Bulls

Do Nowego Jorku przybył w chwale prosto z wielkiej Barcelony. Kiedy wyjeżdżał, wszyscy odetchnęli z ulgą. Początki nie były złe (śliczna bramka w wygranym 4:1 meczu z Toronto), lecz później dał się zapamiętać jako boiskowy zabijaka, kiedy najpierw powalił Salinasa na ziemię, a następnie leżącego kopnął w twarz.



Najczęściej jednak wspominanym występem Meksykanina był ten z meczu z Los Angeles Galaxy, kiedy po ostatnim gwizdku rzucił piłką w Landona Donovana, a następnie wdał się w bójkę z Juninho.

Marquez wystąpił w 41 meczach na 75 możliwych, opuścił kilkanaście ze względu na kary dyscyplinarne lub kontuzje. Z miesiąca na miesiąc był coraz wolniejszy, nie ukrywał swojej niechęci do współpracy zespołowej, przegrywał więc walkę(?) o miejsce w składzie z dużo młodszymi i mniej doświadczonymi zawodnikami. Co musiało zaboleć wszystkich dookoła, nieprzychylnie wyrażał się o kolegach z zespołu, dzięki czemu drugi najlepiej zarabiający piłkarz ligi stał się pierwszym do odstrzału. Z miejsca został okrzyknięty najbardziej przepłaconym zawodnikiem w historii ligi. Tobiasz Pinczewski
comments powered by Disqus
facebook