Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 29 czerwca 2014

21 mgnień fazy grupowej

fot. goal.com
W poszukiwaniu największego polskiego akcentu, czyli subiektywne - no, bardzo subiektywne, trzeba to wyraźnie podkreślić - podsumowanie fazy grupowej mundialu.

Neymar dzielnie dźwigał nadzieje całej Brazylii, Leo Messi ciągnął golami reprezentację Argentyny, Karim Benzema przygotował na mundial bodaj życiową formę, pięknie grał James Rodriguez, ale najlepszym piłkarzem fazy grupowej był Arjen Robben. Holenderski solista ośmieszył Hiszpanię, bardzo dobrze zagrał z Australią i prowadził ataki przeciwko Chile. Robben był regularny, grał w sposób bardziej urozmaicony i zespołowy, niż przyzwyczaił meczami, w których powinien na boisko zabierać swoją piłkę. No i, nie ma co ukrywać, w końcu to felieton, autor od lat ma do niego słabość.



Największe wrażenie wśród bramkarzy zrobił Guillerme Ochoa, który zatrzymał Brazylię. Bronił świetnie, trafiali w niego rywale i miał trochę szczęścia, czyli wydarzyło się wszystko, co jest potrzebne, by zrobić bohatera z zawodnika grającego na tej pozycji. Poza tym Ochoa był najdłużej niepokonanym bramkarzem mundialu, gola puścił dopiero na trzy minuty przed końcem fazy grupowej mistrzostw.

Najbardziej spektakularną asystę z najpiękniejszym golem połączyła jedna akcja. Wystąpił efekt synergii – podanie Daleya Blinda nie podobałoby się aż tak bardzo, gdyby padła po nim prozaiczna bramka, strzał Robina van Persiego też zrobiłby ciut mniejsze wrażenie, gdyby poprzedziłoby go inne zagranie. Holenderski duet zmajstrował coś wyjątkowego. Rzadko ogląda się gole strzelone głową z takiej odległości, jeszcze rzadziej główkujący lobuje bramkarza, a już prawie wcale nie obserwuje się tak zuchwałych, diablo trudnych i idealnie wykonanych prób. Wartość techniczna i artystyczna na najwyższe noty.



Wszystko to działo się w najbardziej niesamowitym meczu fazy grupowej. Celowo pomijam kryterium jakości – tu można zastanawiać się bez końca – bo trzęsienie ziemi w grze Hiszpanii z Holandią było czymś więcej. Wielka historia do opowiedzenia: zwrot akcji, grad pięknych goli, nadspodziewanie dobra gra odmienionych przez Louisa van Gaala Pomarańczowych i zmierzch sytych mistrzów świata. Słabość Hiszpanów w pierwszych dwóch meczach była największym rozczarowaniem dotychczasowych spotkań, chociaż mocno o to miano walczyli również Włosi, którzy postanowili wyjść z grupy spacerem, a nie grą w piłkę.

Osobną kategorię należy stworzyć dla Andrei Pirlo, który w meczu z Anglią popisał się najlepszą bezdotykową asystą fazy grupowej. Pewnie Włosi dobrze przećwiczyli taki sposób rozegrania rzutu rożnego, ale co innego zaplanować taką sztuczkę, a wykonać ją tak doskonale, że na jeden sugestywny ruch da się nabrać obrona rywali razem z całym oglądającym to wszystko światem.

Najlepszą kontrę wyprowadzili Francuzi, którzy przetransportowali piłkę z własnego pola karnego do bramki Szwajcarów w 14 sekund. Akcja bez fałszywego ruchu – każde dotknięcie piłki było idealne, dopieszczone i w znakomitym tempie. Zaczął Oliver Giroud, potem byli Karim Benzema, Raphael Varane i jeszcze raz Giroud, a wszystko golem zakończył Mathieu Valbuena. Skojarzenie ze sztafetą sprinterów jest jak najbardziej słuszne.

Największą sensacją był oczywiście awans do drugiej rundy Kostaryki, którą przed mundialem nikt nie zawracał sobie głowy, a jej szanse na odegranie ważnej roli w turnieju pogrzebano jeszcze zanim rozlosowano grupy. Najbardziej uderzające w jej wielkim sukcesie było poczucie, że zwycięstwa były takie zwyczajne, bez żadnego cudu, długich momentów rozpaczliwej obrony i heroicznych scen, jakie chcielibyśmy widzieć w grze maluczkich. Ot, Kostaryka wygrała grupę z Urugwajem, Włochami i Anglią, bo była w niej najlepsza. Tak po prostu.

Najlepszym trenerem fazy grupowej w tej sytuacji należy uznać Jose Luisa Pinto, który nie zmarnował niczego z potencjału piłkarzy Kostaryki. Dobrze przygotował ich fizycznie do turnieju, dobrze zorganizował drużynę i dostosował sposób jej gry do możliwości.

Kostaryki nikt nie typował na rewelację turnieju, tutaj najwyżej stały notowania Belgii, obok której wymieniano pół tuzina innych reprezentacji. Najlepszym z tzw. czarnych koni w fazie grupowej była Kolumbia, którą były taksówkarz Jose Nestor Pekerman szybko dowiózł do drugiej rundy mistrzostw. Znakomicie gra James Rodriguez, na tym turnieju zanotował największy skok w hierarchii i już awansował do piłkarskiej pierwszej ligi, lecz atutów jest znacznie więcej – dobry boczni obrońcy, duży potencjał w ofensywie i świetnie przeprowadzane kontrataki.

Trudno wybrać najlepszą drużynę, która odpadła po fazie grupowej. Najmocniejszym kandydatem jest Chorwacja, której potencjał ograniczył selekcjoner Niko Kovac, choć nie wiadomo, czy lepiej wykorzystany wystarczyłby na Brazylię i Meksyk. Niezłe wrażenie zrobiła też energiczna Ghana, która w żadnym z trzech meczów nie potrafiła wykorzystać okazji na zwycięstwo.

Dla Hondurasu grali znani z naszej ligi Carlo Costly i Osman Chavez, był też nieco pocieszny Oscar Boniek Garcia, w reprezentacji Niemiec ciągle ważne role pełnią Miroslav Klose i Lukas Podolski, lecz największym polskim akcentem turnieju był występ Rosji. Toporna, zmęczona, grająca bez pomysłu drużyna zupełnie nie pasowała do pięknego mundialu. Najbardziej wyrazistym akcentem w smutnej rosyjskiej kadrze pozostał drapieżnie czerwony sweter Fabio Capello.



Najbardziej żenujące kłótnie oglądaliśmy w rozkładającej się reprezentacji Kamerunu. Pierwsza, o pieniądze, wybuchła jeszcze przed mundialem, gdy piłkarze odmówili wyjazdu do Brazylii w zaplanowanym terminie. Drugą, bardziej kuriozalną, oglądaliśmy w trakcie meczu z Chorwacją, gdy Benoit Assou-Ekotto zaczął się szarpać z Benjaminem Moukandjo. Te okoliczności mają też wpływ na nazwanie Kamerunu najsłabszą drużyną turnieju. Nieposkromione dawniej lwy stały się wyleniałym, pozbawionym, pardon, jaj kanapowcem.

Najsłabszym kontynentem była za to Azja. Bezbarwna Japonia kolejny raz nic nie wniosła do mistrzostw świata, niewiele dobrego pokazała Korea Południowa, a Iran wyglądał na drużynę, której marzeniem jest awans do drugiej rundy po trzech bezbramkowych remisach. Stosunkowo najlepiej wyglądała przyszyta do tej strefy eliminacyjnej Australia, lecz tak jak cała reszta zakończyła rozgrywki grupowe na ostatnim miejscu.

Najbardziej bulwersującym incydentem był zwierzęcy atak Luisa Suareza na Giorgio Chielliniego, który przypomniał, że po boiskach grasują szaleńcy. Innym był bandytą był Steven Defour, który chamsko zaatakował Koreańczyka Kim Shin-wooka i powinien uczęszczać na warsztaty panowania nad emocjami razem z kąsającym Urugwajczykiem.



Największym sędziowskim skandalem był chyba wymyślony rzut karny dla Brazylii w meczu z Chorwacją. Yuichi Nischimura swoją decyzją napisał tylko wstęp do całego serialu pomyłek. Meksykowi zabrano dwa prawidłowo zdobyte gole w meczu z Kamerunem, Bośniakom nie uznano bramki z Nigerią, a Szwajcarii z Ekwadorem. Zestaw można uzupełnić o karne, spalone, kartki...



Najbardziej w tym całym mundialowym karnawale szkoda, że do końca zostało już tylko szesnaście meczów. Niby przed nami same konkrety, wiele elektryzujących starć, ale jednak robi się przykro, że wszystko ulatuje tak szybko. Bo najmilszą niespodzianką mundialu jest jego poziom – to wspaniały, pasjonujący, kolorowy turniej. I niech będzie taki aż do finału. Bartosz Wlaźlak
comments powered by Disqus
facebook